RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 1, odcinek 6 (finał sezonu)

Finał pierwszego sezonu Fear the Walking Dead to esencja zombie movie – mamy w nim w zasadzie każdy element charakterystyczny dla produkcji nurtu kina grozy związanego z żywymi trupami. Wszystkie motywy idealnie wyważono, a cały odcinek ani na moment nie popada w autoparodię gatunku. Nic zresztą dziwnego, skoro scenarzystą epizodu jest sam ojciec The Walking Dead, Robert Kirkman.

Początek serii Fear the Walking Dead nie należał do udanych. Fani krwiożerczych pożeraczy ludzkiego mięsa otrzymali rozciągnięty dramat obyczajowy, który prawie w ani jednej scenie nie dorównywał serialowi-matce – The Walking Dead. Cisza przed burzą została przerwana na dobre dopiero w poprzednim odcinku, a w ostatnim epizodzie pierwszego sezonu nawałnica hula już ze zdwojoną siłą. Doświadczona ręka Roberta Kirkmana jest tu więcej niż zauważalna. Choć scenarzysta bazuje na schematach, które sprawdziły się już wcześniejszych pozycjach jego twórczości, to całość stanowi idealny początek dla brutalnej apokalipsy zombie.

W recenzji poprzedniego odcinka wspomniałem, że prowizoryczny szpital pasuje w sam raz do miejsca brutalnej konfrontacji ludzi i żywych trupów. Długo nie musiałem czekać na spełnienie tych słów – walka, jaka wybucha w polowych hangarach angażuje równie mocno, co niektóre wątki z The Walking Dead. Czego tu nie ma… Zdeprawowanego wojska, początkowo starającego się zatrzymać hordy ożywionych trupów; ludzi uwięzionych w ślepej uliczce, podczas gdy w ich stronę zbliża się armia zombie; matki szukającej swojego syna; syna szukającego swojej matki. Szpitalna sekwencja, trwająca blisko 40 minut momentalnie powinna trafić do rankingu najlepszych scen z produkcji o ożywieńcach. Twórcom idealnie udało się podtrzymać poważny ton odcinka, który ani na chwilę nie uderza w uporczywy patos, a w budowaniu scenografii wyraźnie pomógł jeden z etapów gry Left 4 Dead.

Postacie serialu przyjemnie ewoluują. Różnice w zachowaniu czy ogólnym obyciu dostrzec można szczególnie wśród głównych bohaterów serii: u Madison Clark (Kim Dickens) oraz u Travisa Manawa (Cliff Curtis). Pod koniec sezonu są to pełnowymiarowe, realistyczne postacie, z którymi coraz łatwiej jest się utożsamić. Ich tragedia nie pozostaje dla widzów obojętna, a decyzje, jakie podejmują, jasno wskazują, że gwałtowny koniec świata wpływa na ich kondycję psychiczną. Antypatia względem bohaterów, jaką twórcy nieświadomie wykreowali w początkowych epizodach serii, stopniowo ustępuje i nawet drażniący narkoman na przymusowym odwyku nie irytuje już tak bardzo. Ostatnia scena odcinka jasno wskazuje, że Travis Manawa śmiało stanowić może odpowiednik postaci Ricka (Andrew Lincoln) z The Walking Dead – on również jest w stanie przełamać wszelkie bariery względnego humanitaryzmu, gdy w zagrożeniu jest ktokolwiek z jego bliskich. Możliwe, iż Kirkman korzysta tu ze sprawdzonej kliszy, jednak czyni to nad wyraz umiejętnie i – póki co – nie narzucająco.

Sieć Heyah posiadało kiedyś kampanię reklamową, promowaną hasłem "zamień horror na sielankę" – twórcy Fear the Walking Dead nareszcie zamieniają sielankę na horror i czynią to nad wyraz umiejętnie. Choć serial nie kończy się szczególnym cliffhangerem, to z niecierpliwością każe czekać swoim widzom na kolejny, drugi sezon. Miejmy nadzieję, że utrzyma on poziom finału serii.

Moja ocena: 8/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.