RECENZJA: Preacher - odcinek 4

Kaznodzieja zwalnia z tempa wstrzymując lawinę szaleństwa, która zalała widzów w poprzednich odcinkach. Niestety, działa to na niekorzyść produkcji – brak akcji i śladowe ilości ciętego, czarnego humoru sprowadzają kontrowersyjny serial na tory nudnego dramatu.

Zmiana scenarzysty wyraźnie wpłynęła na niekorzyść serii. Czwarty odcinek Kaznodziei to blisko 40 minutowy zlepek scen rozmów – i to nudnych, nieznacznie tylko przyczyniających się do rozwoju fabuły, odartych z charakterystycznego poczucia humoru. Epizod skupia się głównie na nakreśleniu sylwetki antagonisty sezonu, Odina Quincannona (Jackie Earle Haley). Jego postać jednak nie jest wykreowana w ciekawy sposób, a decyzje, które podejmuje, w żaden sposób nie wpisują go w schemat szalonego psychopaty. To zgrzybiały staruch, faktycznie posiadający władzę i wpływy wśród lokalnych burmistrzów, jednak scena, w której sika na leżącą na stole ulotkę konkurencyjnej firmy przypomina sekwencję ze słabych filmików na YouTubie lub marnych amerykańskich komedii. Takie zachowanie jest zbyt głupie, aby uwypuklić zaawansowane szaleństwo Odina Quincannona i w pełni oddać powagę oraz późniejsze konsekwencje jego zaburzeń.

Na niekorzyść działa też motyw Cassidiego, wyraźnie starającego się wrobić przyjaciela – duchownego za garść narkotyków i kontakty z prostytutkami, które oferują mu niebiańscy wysłannicy. Kreacja luzaka, jaką Joseph Gilgun stworzył swoim występem teraz przygaszona zostaje nową, negatywną cechą wampira: brakiem lojalności. Zważywszy, że Jesse Custer (Dominic Cooper) powinien mieć do niego żal, za pewien wątek związany z Tulip (Ruth Negga). Wszystko wskazuje na to, iż kaznodzieja i krwiopijca wkrótce stoczą ze sobą walkę.

W zasadzie każdy motyw, jaki pojawia się w odcinku, nie grzeszy oryginalnością – wkradająca się kwestia miłosna między Custerem a jego organistką, Emil (Lucy Griffiths), jest zupełnie zbędna, a origin story kaznodziei nie wnosi nic specjalnego w historię mężczyzny obdarzonego metafizyczną mocą. Cały epizod napisany został na siłę, a większość scen stanowi marne wypełnienie czasu antenowego. Dodatkowo przeraźliwie słabe lokowanie produktów, jakiego dopuścili się twórcy odcinka jeszcze bardziej zaburza odbiór całości i w żaden sposób nie potrafi wkomponować się w konwencje obrazoburczego serialu.

Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy Kaznodziei nawrócą się po piekielnie gorszym epizodzie, a przygody mężczyzny obdarzonego nadnaturalną mocą, chłopczycy i wampira znów staną się petardą, niszczącą każdy temat tabu.

Moja ocena: 5/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.