RECENZJA: Dzień Niepodległości: Odrodzenie

Dwadzieścia lat temu obcy przybysze z kosmosu szturmem wdarli się na Ziemię i dokonali przerażających zniszczeń. Terasz szykują się do kontr ataku i ostatecznej destrukcji. Kino katastroficzne, rozbuchana apokalipsa i science-fiction tworzą mieszankę, która wyjątkowo kuleje już na poziomie scenariusza. Roland Emmerich tworzy widowiskowe przestawienie, ale technologia i współczesne możliwości obdzierają kontynuację z klimatu pierwowzoru.

Wiele się zmieniło przez lata: prezydentem Stanów Zjednoczonych została kobieta, podbiliśmy księżyc, podróżujemy bez ograniczeń po kosmosie, a wszystkie narody żyją w pokoju. Badacze zyskują coraz więcej odpowiedzi na pytania o przybyszy z kosmosu, jednak wciąż żyjemy w strachu przed nieznanym. Reżyser dobrze buduje poczucie zagrożenia, choć z pozoru wszyscy mają kontrolę i wiedzą, co robić. Ostatecznie nie udaje się przewidzieć wszystkich możliwości, dlatego rozpętuje się piekło i prawdziwa gratka dla CGI.

Po niebie latają odrzutowce, miasta zostają zniszczone, a wkoło wędrują laserowe pociski. Filmowa apokalipsa przybiera na sile, wszystkiego jest więcej i mocniej, choć wcale nie lepiej. Kiedy od samego początku wiadomo, że na ostateczne starcie przyjdzie nam czekać cały film, mamy jeszcze nadzieję na kilka ciekawych atrakcji po drodze. Tymczasem Emmerich zabiera widzów w podróż dookoła świata, pokazuje wyszukane laboratoria, szczątki maszyny obcych i samych kosmitów w otoczeniu gromadki starych i nowych bohaterów, przez co mamy długie i nudne wprowadzenie.

Córka prezydenta (Maika Monroe) jest pilotem i asystentką pani prezydent, a syn kapitana Hillera odważnie pielęgnuje pamięć o ojcu. Na ekranie pojawia się również Charlotte Gainsbourg, która wydaje się być wyjątkowo przerażona romansem z Hollywood. Zagubienie i zadziwienie malujące się na twarzy nie pomaga jej bohaterce tym bardziej, że aktorka nie otrzymała materiału do grania. Zadaniem pani psycholog jest towarzyszenie męskiej części obsady i nieustanne zadawanie pytań z nieco artystycznym oderwaniem od rzeczywistości.

To właśnie scenariuszowo film odnośni największą porażkę. Pełno w nim absurdów, jednowymiarowych postaci, rozszarpanych wątków i komicznych dialogów. Całość wygląda dobrze, dopóki bohaterowie nie zaczynają wymieniać się papierowymi stwierdzeniami. Zresztą cały film obfituje w rozwiązania wywołujące uśmiech niedowierzania. Absurd goni absurd, pędzący szkolny autobus znajduje się w samym centrum wojny światów, a przebiegłość ludzi zostaje jak zwykle nagrodzona.

Choć wiemy, że amerykańskie kino rozrywkowe należy oglądać z przymrużeniem oka, Dzień Niepodległości: Odrodzenie jest daleki od ideału. Największą bolączką lekkiej formy jest fakt, że fabuła ociera się o głupotę. A przecież George Miller w Mad Max: Fury Road udowodnił, iż kino popularne stać na dużo więcej. Film może podobać się w warstwie wizualnej, ale nie osiągnie zachwytu na poziomie starszej produkcji. Lasery błyskają, bohaterowie dzielnie walczą, a 4 lipca ponownie rozbłysną fajerwerki. Taki jest Dzień Niepodległości całej planety. Szkoda, że więcej w nim śmiechu niż grozy.

4/10