RECENZJA: Marco Polo - sezon 2, odcinek 1

Początek drugiego sezonu Marco Polo właściwie w niczym nie różni się od poprzednich epizodów serii. Władcy i dworzanie znów knują i spiskują, fabuła wlecze się w nieskończoność i tylko wiernie odtworzone realia epoki oraz rewelacyjne zdjęcia zdołają skutecznie utrzymać widza przed ekranem telewizora.

Oglądając początek nowych historii z udziałem Marco Polo (Lorenzo Richelmy) ma się wrażenie, że twórcy za bardzo starają się odtworzyć sprawdzone zabiegi z pierwszego sezonu. W epizodzie pojawia się wszystko, co wcześniej wywołało najprzychylniejsze reakcje wśród widzów – pojedynek, spisek, zdrada, nieszczęśliwa kobieta, waleczny mężczyzna i seks. To słowa-klucze z poprzednich epizodów serii, to słowa-klucze, którymi da się opisać jej kolejny odcinek.

Fabuła, nastawiona na patetyczne dialogi rządzących władców w XIII-wiecznej Azji, ich doradców i krewnych niejednokrotnie aż prosi się o krztę akcji, która faktycznie nadchodzi, ale o wiele za późno. Waleczna sekwencja stanowi tu rodzaj budzika, rozbudzającego znużonych odbiorców. Wiele z odbytych rozmów nie wnosi praktycznie nic do historii, a większość z nich porusza identyczne tematy, jak te z pierwszego sezonu. Brak w nich lekkości i specjalnej oryginalności, co po blisko godzinnym seansie zaczyna przytłaczać widza. Znów najlepiej słucha się inteligentnych kwestii padających z ust Bayana (Tom Wu).

To zdjęcia stanowią jedną z najmocniejszych stron filmu – ich kolorystyka i sposób kadrowania sprawia, że nawet statyczna rozmowa w sali tronowej wygląda jak wizualny majstersztyk z wyjątkowo ambitnej produkcji. Świetne sceny, jak ta, otwierająca odcinek, gdy na nocnym niebie pojawiają się tysiące płonących ptaków dowodzą tylko, że Marco Polo należy oglądać nie tylko ze względu na (niekiedy zbyt przewlekłą) fabułę, ale przede wszystkim dla przepięknych ujęć, dodatkowo dostępnych na platformie Netflix w jakości 4K.

Serial po raz kolejny pochwalić się może wiernym odtworzeniem realiów historycznych XIII-wiecznych Chin. Zaprezentowane kostiumy, lokacje, zwyczaje wskazują, że przy produkcji Marco Polo zaangażowano całą masę historyków, zaznajomionych ze średniowieczną Azją. W pierwszym epizodzie przedstawione zostaje mongolskie wesele Błękitnej Księżniczki (Zhu Zhu), bogate w liczne potrawy, ówczesne zespoły muzyczne oraz tancerzy, a to tylko początek kolejnej lekcji o kulturze Wschodu. Od pierwszych minut serialu, widz faktycznie czuje się, jakby oglądał wydarzenia sprzed siedmiu stuleci. Podobnie, jak Marco Polo, każdy odbiorca kiedyś uważał się za obcego w tych realiach – dziś coraz bardziej oswaja się z obcą kulturą.

Sami bohaterowie powoli ściągają swoje antypatyczne maski, a tytułowy Europejczyk daje widzom więcej okazji, aby móc się z nim utożsamić i faktycznie bać się o jego losy. Początkowo płaskie, majestatyczne postacie teraz nabierają coraz więcej ludzkich cech, a ich obecność na ekranie nie irytuje odbiorcy.

Pierwszy odcinek przysparza mongolskiemu władcy kolejnych wrogów – na szczęście nie są nim fani serialu. Póki co pozostaje czekać na kolejną przepiękną pocztówkę z XIII-wiecznej Azji.

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.