RECENZJA: Komuna

Pojęcie komuna od drugiej połowy lat 60. zaczęło określać grupę ludzi, którzy zamieszkują wspólnie wybraną przestrzeń. Częściej łączą ich poglądy, namiętności, niż więzy krwi. Nie jest to też wyłącznie wspólnota lokatorska czy korzystny układ, a powrót do tradycji życia stadnego i wzmacniania wspólnotowości. Komuna mówi o tym modelu życia we wszystkich jego kolorach, ale nie zapomina o obecności półcieni. W inteligentny i empatyczny sposób przypomina, że to nie była wyłącznie praktyka hippisów w niekończącej się defiladzie tęczowej ścieżki, a też czasami mocno ryzykowny dla natury ludzkiej eksperyment.

Wszystko zaczyna się w Danii, pod koniec lat 60, kiedy fala kwiatowej rewolucji jest jeszcze wznosząca. Jednak Anna się nudzi i ma wrażenie, że czeka na ławce rezerwowych w swoim mieszczańskim życiu. Razem z Erikiem postanawiają założyć komunę i odezwać do przyjaciół ze starych lat, którzy dosyć szybko przystają na te propozycje. Wśród ich nowej rodziny pojawią się również nowe twarze, a każdy z nich wniesie jakąś przeszłość i szansę na ciekawszą przyszłość. Koncept idylli jednak ma to do siebie, że nie zawsze dogaduje się z mocno impulsywnym losem i ludzkimi uczuciami, których nie można zaprogramować. Okazuje się, że głównym bodźcem do założenia komuny był nadchodzący kryzys w związku głównych bohaterów, a hałas w domu miał zagłuszyć i rozproszyć narastające nieporozumienie pomiędzy nimi. Brak konfrontacji doprowadził do jeszcze większych zniszczeń. Nasi bohaterowie wprowadzili obowiązek wspólnego rozwiązywania problemów, ale swoich nie potrafili. Na szczęście komuna to nie rodzina i z nią nie tylko ładnie wychodzi się na zdjęciach.

Thomas Vinterberg wygrywa historią nie ze względu na wyłącznie żywiołowy i temperamentny charakter opowiadania oraz uważne przyglądanie się mikroskopijnym niuansom. Mówimy przecież o postaciach, które aktualizują swoje życie, znajdują na gorąco w sobie nowe emocje, a ich pokoje dzieli od siebie kilka metrów. Właśnie takich powtórzeń i zero-jedynkowych pocztówek z okresu dzieci kwiatów unika reżyser. Pojawia się bezpruderyjność, nieskrępowanie, kąpiele nago w jeziorze i szczere rozmowy o seksie. Jednak ta rewolucja obyczajowa i seksualna odbywa się w warunkach pokojowych, a nie tętnem kompulsywnej chwili gdzie każda kobieta to Janis Joplin, a każdy mężczyzna to Jimi Hendrix. No nie, lata 60 nie były całą dobę pod wpływem kwasu.

Komuna jest w filmie zilustrowana ze szczerością i wszystkim co się dzieje po słowie: sprawdzam. Film nie unika kontestacyjnego sznytu. Pokazuje nie tylko korzyści płynące z wolności, ale też skutki uboczne i pewne turbulencje z nią związane. Parafrazując pewną ważną piosenkę – Wolność. Kocham i NIE ZAWSZE rozumiem. Wolności, oddać nie umiem.

Thomas Vinterberg z wielką ciekawością, na przykładzie kilku świetnie zbudowanych życiorysów, pokazuje przewrotność wolności. Nic tak w pewnym momencie nie zaczyna ograniczać jak nieograniczenie. I tę słodko-gorzką prawdę twórca referuje nam bez nadmiernej pewności siebie, czy demiurgicznej maniery, a z ciepłem i ramieniem na którym pozwala położyć głowę. Według niego ta ma prawo czasami się przegrzać i zadymić. A deficyt bodźców może się zamienić w ich nadmiar z konsekwencjami… na szczęście odwracalnymi.

Ocena: 7/10