WYWIAD: Łukasz Grzegorzek o Kamperze

Łukasz Grzegorzek zdecydowanym krokiem wchodzi do filmowego świata. Jego debiutancki film Kamper pojawi się na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach w sekcji East of the West. To opowieść o trzydziestoletnim mężczyźnie zagubionym w dorosłym życiu. Grzegorzek pokazuje, że ma wprawne oko w obserwowaniu rzeczywistości i potrafi ciekawe o niej opowiadać. Zapraszamy do przeczytania rozmowy o filmie, grach i festiwalowej obecności

Skąd wziął się pomysł na film Kamper?
Wszystko w moim życiu prywatnym i zawodowym układało się, ale w środku byłem wypalony. Zewsząd słyszałem, że mam się ogarnąć. „Kamper” miał stanowić terapię i po trzech latach mogę powiedzieć, że nieskuteczną.

Dlaczego Kamper zanurzony jest w świecie gier?
Pomyślałem, że to może być ciekawy zabieg. Świat gier i graczy po część też jest moim światem. Jeżeli grasz w gry, to musisz bardzo szybko podejmować decyzje, bo niedecyzyjność bardzo mocno kosztuje. W filmie mamy bohatera, który grając bardzo szybko musi podejmować decyzje, za to w życiu kampuje, czyli unika konfrontacji i ma problem z decyzyjnością.

Stąd też się wzięła ksywka Kamper?
Kampić, kampować znaczy unikać konfrontacji w trakcie rozgrywki.

Czy nie jest tak, że graczy uważa się za wiecznych dzieciaków?
To stereotyp. Mam dużo znajomych, którzy mają ustabilizowane życie zawodowe i prywatne. Często grają w gry komputerowe. Kiedyś towarzysko grało się w brydża, a teraz w fifę. Dla mnie najciekawsza w grach jest immersja, czyli wejście w świat gry bardzo mocno. Tak, że ten świat cię pochłania. To jest fascynujące.

Czy gry właśnie nie są po to, żeby doświadczać emocji, których nie mamy w rzeczywistości?
Trudno generalizować. Ja przede wszystkim traktuję granie jako formę towarzyskiego spotkania.

„Kamper” portretuje trzydziestolatków. Może być analizą tego pokolenia?
Chciałem bardzo pokazać świat trzydziestolatków, jaki widzę wokół siebie. Coraz trudniej jest dojrzeć, zrezygnować z atrybutów dziecka: rodziców, którzy pomagają, znajomych czy związków, które mają bardzo ciekawą relację opiekun-dzieciak. Rzuca się to w oczy, dlatego musiało być mocno pokazane w filmie. Poza tym, wbrew pozorom, życie Kampera i Mani jest ciężkie, bo oni są przytłoczeni jego lekkością. To może być w dłuższej perspektywie wyniszczające. Uważam, że nam obecnie nic nie brakuje. Naszym problemem jest klęska urodzaju.

Mania jest w kontrze do Kampera. Ma marzenia i nie boi się ich realizacji. Kamper unika tego momentu. Czy spełnienie marzeń będzie dla niego krokiem do dorosłości, odpowiedzialności?
Manię drażni, że ma w domu dzieciaka. Chłopięcy urok działał na początku, a na dłuższą metę stał się męczący. Mania jest w tym momencie w życiu, kiedy szuka mężczyzny, a nie chłopca.

Co było dla Was największym wyzwaniem?
Najtrudniejsze było zmierzenie się z wątpliwościami ekipy, czy można mi zaufać. Szczególnie, że często słyszałem podczas pracy, że tak się nie robi filmów. To było dość męczące.

Zostałeś przy formie, którą sobie założyłeś?
Tak. W momencie, kiedy nie wiesz, jak się robi film i słyszysz od różnych mądrych ludzi, że się tak nie robi, trudno nie ulec pokusie pójścia jakąś bezpieczną ścieżką. Mieliśmy swoją drogę na zrobienie tego filmu. To, na czym się skupiliśmy z aktorami, było budowanie świata bohaterów. To była pogłębiona biografia wszystkich lęków i potrzeb. Sam scenariusz powstawał do ostatniego dnia. Cały czas przepisywaliśmy go razem z Krzyśkiem Umińskim. W dzień mieliśmy zdjęcia, a w nocy Krzysiek przepisywał scenę, którą wcześniej uważaliśmy za udaną.

Bohaterowie zaczęli żyć własnym życiem?
To były naczynia połączone: aktorzy i scenariusz. Aktorzy nasiąkali scenariuszem, a scenariusz nasiąkał postaciami, które oni tworzyli. W ramach tych naczyń połączonych do końca musieliśmy być czujni i wiedzieć, kiedy powiedzieć stop na planie. Zależało nam, żeby widz miał możliwość zajrzeć bohaterom do głowy.

Skąd pomysł na Piotra Żurawskiego i Martę Nieradkiewicz?
W Marcie „zakochałem” się już wcześniej. Strasznie ją lubiłem za role u Wasilewskiego, Jadowskiej czy Gosi Suwały i to był pewny strzał. Kampera poszukiwaliśmy dłużej. Okazało się, że Piotrek jest najlepszym możliwym wyborem. Z jednej strony jest typem wrażliwca, a z drugiej „bad boyem”. Pomyślałem sobie, że to jest bohater, jakiego szukam. Taki wrażliwy dzikus.

Film zakwalifikował się do konkursu East of the West w Karlowych Warach. Czym jest dla Ciebie obecność festiwalowa?
Straszne się cieszę, że będziemy w tak zacnym gronie. W naszej sekcji jest kilka bardzo dobrych filmów i chcę je zobaczyć. Przede wszystkim jestem ciekawy, jak będzie odebrany nasz film zagranicą. Spodobało mi się, że selekcjonerzy z Karlowych Warów nazwali go cierpką komedią. Zależało nam, żeby Kamper prowokował do myślenia. Fajnie, gdyby dawał szansę bycia lustrem, w którym możesz się przejrzeć i wyciągnąć własne wnioski.

A czym jest dla Ciebie ten film?
Dla mnie Kamper to zderzenie niedojrzałego mężczyzny z surową rzeczywistością, kiedy pryska dziecięca bańka mydlana. Okazujemy się bezbronni, nie mamy żadnych mechanizmów, które miałyby nas przed tą trudna rzeczywistością obronić. Mieliśmy takie robocze hasło podczas pracy nad filmem: „it takes few scars to become an adult”, czyli „za dorosłość płaci się bliznami”.