RECENZJA: Marco Polo - sezon 2, odcinek 2

Coraz więcej produkcji serialowych skupia się na aspekcie politycznym. Trudno nie wspomnieć o House of Cards czy Grze o tron, w których spiski, knowania i "brudna" dyplomacja występują na porządku dziennym, a rządzący niejednokrotnie usuwani są ze swoich stanowisk przez pragnących władzy potomków czy następców. Do tego nurtu bez problemu można wpisać też serial historyczny Marco Polo.

Kublai Khan (Benedict Wong) pragnie zdobyć władzę w XIII-wiecznych Chinach i nie cofnie się przed niczym, aby ją posiąść. Jego zdradzieckie, nielojalne rozkazy, którymi wcześniej obarczał sumienia podwładnych nie dostarczają mu już satysfakcji. Teraz władca Mongołów jest w stanie splamić krwią własne ręce, aby usunąć niewygodną konkurencję – kosztuje go to wiele bólu i samozaparcia, jednak takie są skutki wyboru "mniejszego zła". Marco Polo to serial przesiąknięty polityką, a w drugim odcinku nowego sezonu poza kwestią religii chrześcijańskiej, twórcy skupiają się już tylko na wątku walki o władzę i dążeniu do niej po – zarówno przysłowiowych, jak i dosłownych – trupach.

W drugim epizodzie dużą część czasu ekranowego poświęcono Kaidu (Rick Yune). Po wypędzeniu go przez Khana w poprzednim sezonie możliwe, że to właśnie on stanie się największym przeciwnikiem mongolskiego władcy. Tym bardziej, iż nie akceptuje on chrześcijańskiego wysłannika, który stawia krzyż w okolicy jego osady i sprawuje tam msze, a ma w tym poparcie samego Khana. Kapłan, niczym Bogusław Linda w Jańciu Wodniku, przebija sobie dłonie imitując mesjańskie stygmaty i z namaszczeniem odprawia swoje modły. Motyw początków chrześcijańska w krajach Wschodu wydaje się dość ciekawy, tym bardziej, że nieczęsto spotyka się go w dziełach popkultury i sztuki.

W historię o synu handlarza, pozostawionym bez swojej wiedzy i woli na dworze Kublai Khana wkrada się niebezpieczny wątek nieszczęśliwej miłości, której pretensjonalnie ckliwy wydźwięk może zwiastować początek gehenny dla całej produkcji. Kobieta, zmuszona do poślubienia niekochanej osoby, w chwili, gdy jej wybranek jest blisko to znana klisza, od zarania dziejów przewijająca się w sztuce. Wydaje się jednak, że skoro cały serial zmierza w stronę Szekspirowskiej tragedii, to motyw ten zostanie niestety wykorzystany.

Marco Polo jak zawsze może pochwalić się wspaniałą choreografią walk, eksponującą każdy cios czy ruch rywali. To rzadkość we współczesnym kinie spod znaku pięści i miecza, nad którym piecze sprawują hollywoodcy twórcy. Współczesna maniera, opierająca się na kręceniu batalistycznych scen w możliwie najmniej czytelny i szybki sposób omija ten serial szerokim łukiem. Ciekawy pojedynek Hundred Eyes’a (Tom Wu) z grupką uczniów, czy później starcie z samym Marco Polo (Lorenzo Richelmy), mimo minimalnego znaczenia w ogólnej fabule odcinka, stanowią jedne z jego najznakomitszych momentów.

Przepiękne krajobrazy i budowle tamtych lat kłócą się z dwulicowym i okrutnym światopoglądem mieszkańców XIII-wiecznej Azji z Kublai Khanem na czele. Pozostaje pytanie, do czego posunie się władca w nadchodzących odcinkach, aby zyskać to, czego pożąda.

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.