RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 1

Twórcy Fear the Walking Dead wyraźnie reflektują się po dość umiarkowanym sezonie pierwszym. Nowym bastionem dla ocalałych w upadającym świecie staje się jacht, lecz mimo to wciąż czuć grozę wynikającą z nadejścia epidemii. Fani kina grozy spod znaku żywego trupa i surwiwalu powinni być usatysfakcjonowani.

Motyw okrętu i oceanu, które stanowią jedyny ratunek dla ocalałych ludzi podczas apokalipsy zombie pojawił się już kilkukrotnie w filmografii o zmartwychwstałych pożeraczach mięsa (by wspomnieć chociaż o Świcie żywych trupów czy Resident Evil: Afterlife), jednak dopiero początek drugiego sezonu Fear the Walking Dead w pełni wykorzystuje jego możliwości. Wszechobecna "cisza na morzu" nie oznacza tu zupełnego braku zagrożenia – po wodach blisko wybrzeża pływają socjopatyczni piraci, a pod pozornie spokojną taflą wciąż natknąć się można na kanibalistycznych ożywieńców. Rozpoczyna się życie w Wodnym świecie zombie, a jacht znajdujący się na właściwie każdym materiale promocyjnym 2. sezonu Fear the Walking Dead wskazuje, że główni bohaterowie nieprędko wyjdą na suchy ląd.

Twórcy starannie próbują odzyskać reputację wśród fanów, którą kanał AMC wystawił na poważną próbę swoimi zeszłorocznymi poczynaniami. Fatalny sezon 5. The Walking Dead i przeciętny Fear the Walking Dead nie przyniosły nowych miłośników zombie, ba! prawdopodobnie nawet ich straciły. Obie produkcje stworzone zostały bez polotu, ciągnęły się w nieskończoność, a co najgorsze, nie niosły za sobą ciekawych historii czy oryginalnych bohaterów. AMC wyraźnie poprawia swój błąd w 2016 roku – po pełnym napięcia sezonie szóstym The Walking Dead, fani uraczeni zostają dobrym wstępem do kolejnej serii Fear the Walking Dead. Początek odcinka, rozgrywający się na płonącym nabrzeżu powoli zdominowanym przez setki żywych trupów jest jedną z najbardziej emocjonujących i dopracowanych wizualnie sekwencji w obu produkcjach o uniwersum zombie, stworzonych przez Roberta Kirkmana.

O ile dorosłe postacie w serialu stworzyły ciekawe i empatyczne postawy, o tyle każdy z nastoletnich bohaterów, aż prosi się o wrzucenie go do wygłodniałego stada żywych trupów. Drażni w nich brak rozwiniętej osobowości względem początków całej produkcji, a klisze związane z buntem dorastania czy wyjątkowo infantylne decyzje, jakie podejmują świadczą o dość stereotypowej i ograniczonej wiedzy scenarzystów o okresie młodości. Poza Nickiem Clarkiem (Frank Dillane), budują oni autonomiczną osobowość, odgradzając się od reszty bohaterów, co wychodzi na niekorzyść całej produkcji.

Bohaterowie Fear the Walking Dead skonfrontowani zostają z problemami typowymi dla serii. Zagrożenia wynikające z pomagania obcym rozbitkom doprowadzają do niejednoznacznych moralnie decyzji, które niejednokrotnie kłócą się ze światopoglądem postaci. W odcinku pojawia się też klasyczny motyw pogrzebu bliskiej osoby – w tym przypadku Lizy Ortiz (Elizabeth Rodriguez). Z jej śmiercią nie potrafi poradzić sobie syn, Chris Manawa (Lorenzo James Henrie).

Serial powoli odpływa w ciekawym i oryginalnym kierunku. Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy nie spróbują szukać dramatu obyczajowego jednostki i rodziny w historiach kina grozy, a skupią się na ich psychologicznym aspekcie.

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.