RECENZJA: BFG: Bardzo Fajny Gigant

Wydawałoby się, ze Steven Spielberg zrobił już w kinie wszystko. W każdym gatunku i w każdej jakości się wypowiedział. Był najlepszy, ale i najgorszy. W jego filmowym zbiorze jest jednak znak nieskończoności, bo wrócił do kina przygodowego. Po kultowym E.T spod szyldu doskonałego adventure time artysta na nowo sprawdza, czy umie zaczarować i oczarować dziecko w sobie oraz te wkoło. Na szczęście Spielberg z niektórych rzeczy nie wyrasta, a fantasy ma się dobrze – BFG: Bardzo Fajny GigantBFG: Bardzo Fajny Gigant to udowadnia.

Znowu postać dziecięca rozczarowana na starcie światem, dostaje od niego mało atrakcyjny scenariusz. Steven Spielberg prawdopodobnie zakochał się w historii Johna Hambleya z 1989 i uatrakcyjnia historię i formę nie tylko większymi możliwościami technicznymi, ale również pompuje ogromny ładunek siły kreacjonizmu. Nasza bohaterka nie ma przyjaciół, jest bardzo samotna, a rodzice zmarli kiedy była mała. Na szczęście z odsieczą dla niezaspokojonej wyobraźni dziecięcej przypadkowo nadchodzi olbrzym. Jest to gigant niecodzienny, niemalże hipster wśród swojego rodu. Wegetarianin, nie je ziemiaków (w jego mowie to oznacza człowieka) prowadzi slow life, na dodatek jest freelancerem, a mianowicie wdmuchuje sny. Pozostała część stada porywa dzieci na kolacje, a potem wyleguje się po niej do następnych łowów, robiąc czarny PR naszemu Gigantowi. Nasz bardzo fajny gigant jest naprawdę bardzo fajny i zaczynamy wierzyć w to błyskawicznie, zazdroszcząc małej bohaterce towarzystwa.

Spielberg nie odkrywa nowych lądów, ale trafia swoją slapstickową gracją i sytuacyjnym żartem tam gdzie trzeba – bliżej mu charakterem do prawdziwej powieści przygodowej niż jakieś eksperymentalnej animacji. Wydaje się odwracać rozkład sił i fabułę Przygód Guliwera, ale nie chce stworzyć nowego gatunku bajki. Umie tkać empatyczną historię, przeprowadzając widza na jasną stronę mocy, wiedząc że tą ciemną ma raczej poza kinem każdego dnia. Nie ma tutaj przejaskrawienia i groteski Tima Burtona, ale też ten świat nie ma po prostu smaku landrynki. Bardzo Fajny Agent stroni od ideologicznych ciągot, może chwilami hołduje królowej Anglii, ale mięśniem historii jest beatyfikacja przyjaźni i tak jak w E.T palce, tak tutaj duża dłoń i mała dłoń spotykają się mówiąc o sile i potrzebie bycia rozumianym.

Ta bajka zdaje egzamin na poziomie podstawowym, co nie znaczy że na tym najniższym i najłatwiejszym, a z pewnością spełnia warunki koniecznie istnienia animacji, które niektórzy już pomijają. Bardzo Fajny Gigant po prostu robi to, co zazwyczaj w dorosłym życiu substancje psychoaktywne lub inne komponenty pozwalające nam na chwilę wyśmiewania presji. Film pozwala nam zlokalizować wydestylowaną zabawę, cudownie umniejszającą rzeczywistość. Może to historia o gigantach, ale również o gigantycznej potrzebie kopania dziur w ziemskim wymiarze. Do jego świata chce się wskoczyć jak do króliczej nory z Alicji.

Ocena: 7/10