RECENZJA: Preacher - odcinek 5

Kondycja artystyczna twórców, która wyraźnie spadła w poprzednim odcinku i tym razem nie wraca do pierwotnej formy. Owszem, jest odrobinę lepiej niż w czwartym epizodzie, jednak Kaznodzieja popełnia dwa śmiertelne grzechy przyprawiające fanów o ból oczu i zawroty głowy. Poza tym całość prezentuje w najlepszych momentach niezły poziom.

Serial zaczyna gubić się w fabule. Być może problem leży w nadmiarze wątków, jakich podjęli się scenarzyści, a wobec których 10-odcinkowy sezon jest zwyczajnie za krótki. Motyw origin story Jessiego (Dominic Cooper), pojawiający się w poprzednim epizodzie znika, nie pozostawiając po sobie żadnej konkretnej konkluzji. Pojawia się natomiast wątek Świętego od morderców (Graham McTavish), wizualnie stanowiący jedną z najlepiej dopracowanych sekwencji serialu – charakterystyczny pomarańczowy filtr, rozmazane brzegi obrazu czy świetne kadry rodem z arcydzieł gatunku kolta i ostrogi od razu wyróżniają sceny na Dzikim Zachodzi od reszty odcinków. Niestety, twórcom nie udaje się oddać tragicznego wydźwięku historii o ostatnim sprawiedliwym kowboju, przez co bardziej od Świętego cierpią miłośnicy komiksowej wersji Kaznodziei. Ktoś, kto nigdy nie miał styczności z papierową formą przygód Jessiego i przyjaciół może mieć też problem z umiejscowieniem westernowych wstępów w fabule serialu.

Scenarzysta odcinka, Craig Rosenberg, pozbawia go typowego humoru i specyficznej, czarnej, niekiedy wulgarnej lekkości, z jaką bohaterowie podchodzili do naprawdę poważnych problemów moralnych i egzystencjalnych. Już prawie od pierwszych scen fanów Kaznodziei atakuje dziwna powaga, w żaden sposób nie wpisująca się w konwencję serialu. Relacja Arseface’a (Ian Colletti) z ojcem (W. Earl Brown) pozbawiona jest krzty ironii czy cynizmu i swoim ciężarem autentycznie gniecie odbiorców cyklu. Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy tylko na chwilę postanowili wyrzucić swój najlepszy bumerang zwany "czarne poczucie humoru", a on sam wróci ponownie już w kolejnym odcinku.

Podobnie rzecz ma się z relacją Cassidiego (Joseph Gilgun) i Tulip (Ruth Negga). Ich szeroko rozumiany stosunek jest zbyt szybko rozbudowany, przez co nie wstrząsa widzem w żaden sposób. Postać Cassidiego oraz jego więź z Jessiem nie jest dostatecznie zaznaczona ani zarysowana, aby cała scena wywarła wrażenie na kimkolwiek. Przez nieodpowiednie podejście do tej sekwencji bardzo wiele traci jeden z najmocniejszych fragmentów kontrowersyjnego komiksu. Motyw ten został wprowadzony zbyt wcześnie, a odtworzenie go po raz kolejny w późniejszych sezonach Kaznodziei wpłynie tylko na gorszy odbiór serialu.

Irracjonalny humor wiąże się z sekwencjami nakręconymi w lokalnej restauracji, gdzie Jessie, niczym biblijny Jezus, rozmawia z wiernymi swojej parafii oraz w każdym możliwym fragmencie odcinka, należącym do niebiańskich wysłanników (Anatol Yusef i Tom Brooke). Jak zawsze są oni zabawnie zakłopotani, a ich czyny pozbawione racjonalności i zdrowej logiki. Rozmowa, jaką prowadzą z kaznodzieją pod koniec epizodu zwiastuje, iż widz być może dowie się więcej o tajemniczej mocy wielebnego, którą zauważa coraz więcej osób…

W początkowych odcinkach Kaznodziei twórcy wyraźnie dawali znać, że znają i rozumieją materiał źródłowy, z którego czerpią swoją historię. Dziś całość wygląda tylko jak nieudana inspiracja kontrowersyjnym komiksem. Oby już wkrótce to się zmieniło!

Moja ocena: 5/10

W poszukiwaniu zaginionego humoru. Kadr z odcinka


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.