RECENZJA: Outcast: Opętanie - odcinek 5

Piąty odcinek serialu Outcast: Opętanie skupia się przede wszystkim na relacji Kyle’a Barnesa z żoną. Twórcy nie zapominają jednak, że kręcą produkcję spod znaku Egzorcysty i Omenu. Napięcie narasta, monotonna cisza powoli ustępuje, a po ulicach miasteczka przechadza się tajemniczy starzec w czarnym płaszczu i kapeluszu.

Twórcy w kolejnych epizodach serialu wyraźnie zaznaczają poziom relacji między poszczególnymi bohaterami produkcji oraz umiejętnie zagęszczają atmosferę. Wszystko wskazuje na to, że przygotowują widzów na pokaz diabelskich fajerwerków. W piątym odcinku szczególnie skupiają się na żonie głównego bohatera, Allison Baker (Kate Lyn Sheil). Widać, że kobieta wciąż przeżywa traumę związaną z jej dawnym opętaniem, a poważne problemy z siedmioletnią córką (Madeleine McGraw) nie pomagają jej odzyskać właściwej kondycji psychicznej. Niestety, szybko popada ona w pretensjonalną pętlę, powtarzając wciąż te same kwestie posługując się monotonnymi, smutnymi minami, co zupełnie pozbawia uroku długo oczekiwaną konfrontację Kyle’a (Patrick Fugit) z Allison.

Zresztą cały odcinek wskazuje, iż jego reżyserzy, Andy Goddard oraz Bharat Nalluri, nie potrafią pracować z aktorami na planie. Główny bohater jest tak mało wyrazisty, że szybko zapomina się o jego roli w fabule serialu, a tajemniczy mężczyzna w czerni, Sidney (Brent Spiner), popada w przejaskrawioną autoparodię antagonisty z filmów grozy minionej epoki. Oglądając jego przeszarżowaną rolę ciężko nie skojarzyć jej z Nieznajomym (Arkadiusz Bazak) z polskiej produkcji Naznaczony.

O pomstę do nieba wołają też sceny finalnego egzorcyzmu, gdzie fatalne CGI przypomina najgorsze produkcje kina klasy C. Poza rewelacyjnym lewitowaniem twórcom wyraźnie zabrakło pomysłów, jak uatrakcyjnić sekwencję wypędzania demona. Jej dramatyczny wydźwięk szybko przeradza się w nieplanowaną komedię za sprawą fatalnych efektów specjalnych.

Mimo że odcinek momentami dłuży się, to wyraźnie widać, iż każdy motyw ma wpływ na rozwój fabuły. Horror ustępuje tu miejsca dobremu dreszczowcowi z wątkami kryminalnymi, a całe miasteczko skrywające ponurą tajemnicę tylko przysparza dusznego, nieprzyjemnego uczucia. To ciekawy motyw, zważywszy, że ekranowe egzorcyzmy odbywały się zazwyczaj w zamkniętych, klaustrofobicznych pokojach. W Outcast: Opętanie całe miasteczko roi się od miejsc, gdzie diabeł mówi dobranoc.

Outcast: Opętanie to dobry serial spod znaku grozy, jednak jego wyciszenie nie powinno dominować w fabule kolejnych odcinków, gdyż amatorzy produkcji o wypędzaniu demonów z niewinnych ciał mogą poczuć się znudzeni.

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.