RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 2

Drugi odcinek nowej serii Fear the Walking Dead to autonomiczna historia niemająca wpływu na ogół fabuły. Bliżej jej do podróżniczej ciekawostki "kogo można spotkać na szlaku w trakcie apokalipsy" niż do pełnokrwistej i intelektualnej opowieści ze świata zombie, a na taką właśnie aspiruje.

Travis Manawa (Cliff Curtis) wraz z krewnymi i przyjaciółmi przybywa na wyspę zamieszkałą przez pewną rodzinę. Epizod szybko przeradza się w psychologiczne studium ludzkiej kondycji psychicznej po tak wielkim szoku, jakim stał się początek apokalipsy i późniejsze powroty z martwych. Co ciekawe twórcy skupiają się również na losach kilkuletnich dzieci, które jak ich rodzice, równie szybko muszą odnaleźć się w postapokaliptycznym świecie. Idealnie przedstawia to pierwsza scena epizodu, gdy chłopczyk (Maverick Clayton) z dziewczynką (Aria Lyric Leabu) zbierają muszle na plaży przy groźnych i mało przyjemnych odgłosach zombie. Dużym plusem jest fakt, że napotkane postacie są realnymi bohaterami, z którymi łatwo jest się utożsamić.

Odcinek szybko traci na tempie, a liczne dialogi nie są na tyle wartościowe, by przykuć uwagę widza. Tym bardziej, że rodzina, którą spotykają główni bohaterowie serialu, nie pojawi się już więcej w Fear the Walking Dead. Dopiero w ostatnich scenach epizodu twórcy usilnie starają się zbudować napięcie i wychodzi im to sprawnie – niestety, atmosfera nie idzie w parze z logiką fabuły.

Póki co z oryginalnej grupy głównych bohaterów serialu najbardziej ewoluuje Chris Manawa (Lorenzo James Henrie). Rozpieszczony i zbuntowany nastolatek z pierwszego sezonu teraz odnajduje w sobie socjopatyczne zapędy. Łatwość z jaką eliminuje żywe trupy przeraża. Cień tajemnicy pada również na Victora Stranda (Colman Domingo) oraz na ładunek, jaki na pokładzie jego jachtu znajduje Daniel Salazar (Rubén Blades). Całkiem możliwe, że serial wpłynie niedługo na obrzeża kina gangsterskiego.

Przeraźliwie wypada fatalne CGI, które raziło już w serialu-matce The Walking Dead. W Fear the Walking Dead niektóre ujęcia, szczególnie krajobrazowe z oceanem, wypadają gorzej niż grafika gier komputerowych sprzed dekady. Wygenerowany cyfrowo widok ma zachwycić odbiorcę swoim pięknem – jednak efekt końcowy wypada przeciwnie.

Stranda niczym biblijny Noe przemierza ocean w poszukiwaniu bezpiecznego portu. Główni bohaterowie dowiadują się z dziennika pokładowego zdobytego w poprzednim odcinku, że wszystkie większe miasta Ameryki zostały spalone przez wojsko. Jałowa ziemia styka się z wodą mórz i oceanów a łączy je jedno – wszędzie znaleźć można zombie i szaleńców.

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.