RECENZJA: Preacher - odcinek 6

Kaznodzieja zdejmuje swój kaftan bezpieczeństwa, w jaki przyodziały go dwa poprzednie odcinki i rusza w kolejne kręgi szaleństwa. Twórcy bawią się metafizyczną materią, drwiąc i parodiując właściwie każdy jej aspekt. Ale czego innego można było spodziewać się po adaptacji takiego komiksu?

Odcinek rozpoczyna się w dokładnie tym samym miejscu, w którym kończy się poprzedni. Niebiańscy wysłannicy (Tom Brooke i Anatol Yusef) wyjawiają, czym jest nadnaturalna moc, jaką niespodziewanie obdarowany został Jessie (Dominic Cooper). Daje to nowe spojrzenie na alternatywną wizję chrześcijaństwa, wykreowaną przez twórców Kaznodziei. Ukazana jest niczym mitologia współczesnej serii fantasy. Dodatkowo w poczet niebiańskich istot wpisani zostają Serfini, którym bliżej do Terminatora, niż do słodkiego aniołka z kościelnego obrazka.

Scena z Pulp Fiction w Kaznodziei

Krwawa walka, jaka toczy w skromnym pokoju motelowym między niebiańskimi wysłannikami i Jessim przeciwko Serafinowi z miejsca powinna przejść do klasyki kina gore. Nieustannie powracające, nieśmiertelne istoty z Nieba stanowią esencję ironii całej sceny, która swoim klimatem nawiązuje do klasycznego Martwe zło Sama Raimiego. Sekwencja odbywająca się w klaustrofobicznym pokoju to wirtuozerski pokaz akcji, czarnego humoru i niesłychanego wyczucia konwencji, cechującej estetykę trzech pierwszych odcinków serialu.

Twórcy kilkukrotnie sięgając do klasyki ironicznych scen gore – trudno nie wspomnieć o momencie, gdy Jassie i Cassidy (Joseph Gilgun) piorą swoje zakrwawione ubrania. Sposób kadrowania, scenografia i ruch aktorów to bezpośrednie nawiązanie do Pulp Fiction Quentina Tarantino, co zauważa sam duchowny i mówi przyjacielowi-wampirowi.

W chwili gdy Jassie i Cassidy pozostają statycznymi bohaterami serialu, Tulip (Ruth Negga) z odcinka na odcinek przybiera coraz więcej warstw i wątków, stając się najciekawszą osobą w produkcji. Jej dwojakość natury szczególnie uwypukla szósty epizod serii – kobieta w jednej sekundzie jest w stanie stłuc figurkę Emily (Lucy Griffiths), przesadnie zazdrosna o byłego ukochanego, by kilka minut później skleić ją i przejść z organistką do przyjacielskich relacji. Jej niestabilność emocjonalną powoli zaczynają tłumaczyć drastyczne wydarzenia z przeszłości – dziki, nieszczęśliwy romans z Jessim czy utracone dziecko, o którym kobieta tylko wspomniała w bieżącym odcinku. Wszystko wskazuje na to, że jedna z największych twardzielek kina ma jeszcze wiele historii do opowiedzenia.

Arseface

Ciekawie rysuje się również wątek Arseface’a (Ian Colletti). Chłopak w końcu zyskał akceptację rówieśników, a scena, gdy ogląda pokaz sztucznych ogni tylko nakreśla wrażliwość i szczęście chłopca. Oparta jest na ciekawym kontraście – zdeformowana twarz nastolatka odbija w oczach piękne światła ogni. Niestety, Jessie musi nieświadomie zepsuć całą radość chłopaka. Na tym wątku oparta zostanie cała fabuła kolejnego odcinka, co wskazuje już sam tytuł siódmego epizodu.

Szalone wątki niebiańskich istot i ich krwawych pojedynków okraszonych czarnym humorem mieszają się z dramatem obyczajowym realistycznych osób. Czy tak nie powinien wyglądać serial idealny?

Moja ocena: 8/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.