RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 3

W wakacje wszyscy stęsknieni są za zapachem morskiej bryzy – gorzej, gdy jest ona przepełniona fetorem żywych trupów, o czym przekonali się bohaterowie Fear the Walking Dead. Serial jeszcze nigdy nie trzymał w takim napięciu, ani nie był równie krwawy i brutalny – a wszystko to w scenerii słonecznego wybrzeża.

Twórcy w drugim sezonie Fear the Walking Dead obrali zupełnie nową strategię na swoje odcinki. To po części autonomiczne historie, które mimo wszystko podtrzymują linearność fabuły, a pewne wątki czy problemy zostają rozwijane w kolejnych epizodach. Nowa metoda faktycznie działa – drugi sezon jest o niebo lepszy od swojego poprzednika.

Trzeci odcinek nowej serii dzieli się na dwa wątki. W pierwszym Travis Manawa (Cliff Curtis) naprawia silnik jachtu, który zatkała… ręka zombie. Drugi skupia się na trójce nastolatków i Danielu Salazarze (Rubén Blades) płynących na wybrzeże, by przeszukać walizki wyrzucone przez fale. Sielankowa wyprawa po zapasy szybko zmienia się w szkołę przetrwania, a na słoneczną plażę nigdy wcześniej nie spłynęło tak wiele posoki. Scenarzysta, Alan Page, perfekcyjnie odnajduje konwencję produkcji o żywych trupach, dzięki czemu trzeciemu odcinkowi Fear the Walking Dead bliżej do Zombie pożeracze mięsa, niż do World War Z. Rozłupane czaszki, okaleczone ciała czy opus magnum gore – zombie, któremu kraby zdążyły zasiedlić się w trzewiach to widok na porządku dziennym w produkcjach tego typu. Zbędna pruderia poprzednich odcinków ustępuje tu krwawej masakrze – i to nad wyraz gwałtownie.

Horror najczęściej kojarzony jest z najmroczniejszą scenerią: burzą, ciemnymi pomieszczeniami, cmentarzem lub gęstym lasem – miejsce nie jest na tyle istotne, najważniejszy jest nikły dopływ światła. Twórcy serialu zdolnie umieszczają akcję produkcji na słonecznej wyspie i ekskluzywnym jachcie, mimo to w perfekcyjny sposób podtrzymują poziom napięcia. Widz do końca nie wie, czy bohaterowie Fear the Walking Dead wyjdą cało z opresji, ani do jakich decyzji posuną się by przetrwać. W budowaniu nastroju grozy twórcy posługują się również licznymi jumpscarami i wychodzi im to wyjątkowo dobrze. Jedynie rozwinięcia kilku scen tego rodzaju da się przewidzieć – pozostałe powodują przyjemne podskoki na fotelu.

Zupełnie innym zagrożeniem jest Victor Strand (Colman Domingo), powoli dążący do totalitaryzmu na swoim jachcie. Jego wrogość wobec obcych może poważnie zagrozić całej ekipie, a drastyczne decyzje, do których posuwa się, autentycznie wywołują szok u odbiorcy. Niestety, główni bohaterowie znajdują się na jego łodzi, muszą zatem słuchać jego rozkazów i dostosować się do jego postanowień – rodzi się pytanie, jak długo jeszcze?

Odcinek w idealny sposób nakreśla też poszczególne postacie i ich role na pokładzie jachtu Abigail. Widz w końcu dostaje klarowny wgląd w relacje między bohaterami i ich przyjaźnie bądź lokalne nienawiści. Każda z postaci w odcinku dostaje odpowiedni czas, by określić swoją osobowość i charakter, a brakowało tego w poprzednich odcinkach.

Scenarzysta Alan Page i reżyser Stefan Schwartz jednym epizodem naprawiają prawie cały serial. W Fear the Walking Dead nareszcie jest się czego bać!

Moja ocena: 8/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.