Recenzja: Noc w Ville - Marie

Reżyserzy tęsknią za autotematyzmem, ale takim krytycznym – nie w rytmie „A imię jego czterdzieści i cztery”. Aktorzy nie donoszą na aktorów, reżyserzy na reżyserów, ale artyści stają przed kamera trochę jak przed konfesjonałem – chociaż do klękania jeszcze daleko. Zdejmują peruczki, strzepują złoty pył z ramion i przestają układać równe kreski z tego białego. Noc w Ville-Marie dokonuje pewnej demaskacji. Jak podobna pustka nadchodzi po rozdaniu ostatniego autografu albo dziesiątym uratowanym życiu i ogłoszeniu trzeci raz godziny zgonu podczas jednej zmiany.

Ciężko użyć określenia nasza bohaterka, bo od początku proponuje się nam demokracje postaci i ich życiorysów. Umownie jest to aktorka, która wraca do miasta na zdjęcia do kolejnego filmu, najbardziej osobistego w jej życiu. Jest tutaj też by obchodzić urodziny swojego syna, z którym jak możemy się z czasem domyślać, relacje zaniedbała. To jeszcze jedna postać, której lepiej idzie na scenie, niż po za nią. Historia od początku zakłada pewną polifoniczność. Stąd też pojawi się jeszcze wychodząca ze szpitala tylko na chwilę do pustego domu pani doktor i jeden z kierowców ambulansu, którego przeszłość mocno dewastuje mu szansę na jakikolwiek spokój w teraźniejszości.

Nie ma życiorysów, które nie mają szansy się spleść i na siebie oddziaływać. Dostaliśmy już kilka produkcji. Od soczystych, ale niezobowiązujących Zakochany Paryż czy Zakochany Nowy Jork po dosyć toporny projekt 360. Połączeni. Idea była jedna – metodą małych kroczków bohaterowie wpadają na siebie. Często jednak brakowało uzasadnienia takiego zabiegu albo były to filmy lekkie w kategorii wagowej. Jednak u Guya Édoina ton spotkań bohaterów jest ostry i nie przebiera w środkach.Nie jest dla hucpy, a raczej by pokazać brak monopolu na cierpienie i przerażającą globalność w traceniu kontroli nad własnym życiem. W takich proponowanych refleksjach film ma same wartości dodatnie, inteligentnie pokazuje egalitarność wykroczeń. Nie ma duszności elit, czy cierpień na wyłączność jakiejkolwiek grupy społecznej. Film pokazuje jak na jednej ławce może usiąść lekarka i światowej klasy aktorka i każda z nich zmieniając, bądź ratując życie innych, ze swoim kuleje. I żadna w tym nie wygląda piękniej. Co znaczące, to dosyć mocno intymne portretowanie porażek, tych najbardziej dotkliwych dla kobiety w kulturze – bo w roli matek.

Rozochocenie reżysera nie zawsze jednak profituje, a często doprowadza do zbyt szybkiego „ale” podczas projekcji. To klasyczne za dużo uszek w barszczyku, który trochę za szybko wystygł. Gorzka historia o wpisanym popełnianiu pomyłek w DNA człowieka szybko chce być jednocześnie pamfletem na artyzm, historią o ekstremum wszelakim i aktualizowaniu wartości życia poprzez tragedie najbliższych oraz przesuwa się niebezpiecznie w strefę ckliwego dramatu walki o kontakt matki i syna. Film się rozbiega, przez co się dekoncentruje, zaczyna zdanie i nie kończy, bo znowu coś innego przykuwa uwagę. To nie znaczy, że mamy do czynienia z chaosem czy rozpadem treści, a bardziej z niekonsekwencją i chęcią powiedzenia za jednym razem bardzo wiele. A tak się nigdy nie da, bo trzeba kiedyś nabrać powietrza i dać też jego dopływ do mózgu swojemu odbiorcy-rozmówcy.

Artyści stoją przed konfesjonałem i się wygadują, ale tutaj jednak też mocno kontrolują. Na pewno Noc w Ville-Marie spuszcza głowę o wiele niżej, niż Sils Maria czy Birdman i nie dostaje przy tym skurczu.

Ocena: 6,5/10