Recenzja: Fuocoammare. Ogień na morzu

Jestem po tej stronie barykady, która uważa że kino niezależnie od chęci, zawsze będzie tylko filtrowało rzeczywistość i ją naśladowało bardziej lub mniej. Co nie znaczy, że jest jej hologramem, czy nie ma kompetencji na bycie przedstawicielem. Oczywiście, że nie! Wyjaśnia to teoria: punktem wyjścia może być ultra fikcja, ale dojściem jest prawda. Natomiast ciężko rozróżnić skrajną bezstronność i oszczędność w korespondencji z emocjonalnymi, realistycznymi wydarzeniami wynikającą z chęci, a nie z lenistwa. W braku przyspieszonego oddechu podczas narracji jest rozsądek, ale też pewna nieprawidłowość. Ten dyskomfort można odczuć podczas Fuocoammare. Ogień na morzu..

Dokument doświadczonego obserwatora Gianfranco Rosi opowiada o uchodźcach – mieszkańcach Lampadusa, rejestrując bez drżenia dłoni wiele tragedii tonących łodzi i ludzkiej walki o życie. Chcą oni przedostać się do Europy w celu lepszego życia. Mamy kilka umyślnie niestykających się perspektyw. Z jednej strony dramat tysięcy ludzi, z drugiej codzienność mieszkańców wyspy nie mająca nic wspólnego z horrorem. Do tych dwóch różnych perspektyw dochodzi trzecia, również zupełnie inna. Mamy młodego chłopca, w swoim dziecięcym i dziarskim świecie oraz niewinnej głowie nie znajduje miejsce na tak skrajne sytuacje, które dzieją się tuż obok.

Rosi w swojej zdystansowanej, oszczędnej obserwacji, gdzie praktycznie nie ingeruje w obraz przedstawiony, znajduje metodę dokumentalną. Jednak pomiędzy onanizowaniem się tragedią tabloidów i robieniem gorącego towaru z cudzego cierpienia, a nijakością jest duża pula rozwiązań i przerwa do wypełnienia różnymi metodami. Rosi jednak ufając rzeczywistości jako tej najbardziej szczerej bohaterce (chociaż nie do końca, bo dłubie przy niej jak każdy twórca, chociaż w stopniu minimalnym) nie proponuje mi nic. Bez historii, na której zaistnienie nie miał wpływu, nie byłoby filmu. Jedynym atutem, nawet dokumentu, nie może być temat podejmowany, gdyż „leniwe oko” które diagnozuje u naszego dwunastolatka lekarz, jest chyba również przypadłością reżysera.

W tym braku szaleństwa, gdzie ogromny ładunek szaleństwa (sytuacje ekstremalne) jednak próbuje się dostać przed kamerę, nie ma wystarczająco skutecznej metody. Ten film nie robi spustoszenia w życiu – a wręcz powinien. Fuocoammare. Ogień na morzu po prostu nie ma zdania, a zadanie nakręcenia.

Ocena: 5/10