RECENZJA: Outcast: Opętanie - odcinek 6

Outcast: Opętanie aspirował w swoim odcinku pilotażowym na godnego następcę Egzorcysty. Niestety, z epizodu na epizod fabuła serialu staje się coraz bardziej monotonna i pretensjonalna, a z ekranu telewizora wieje nudą.

Twórcy serialu od pewnego czasu stosują pewien szablon, ujednolicając każdy odcinek serii. Egzorcyzm stanowiący finał każdego epizodu nie straszy już tak mocno, a związek między pastorem Andersonem (Philip Glenister) a Kylem Barnesem (Patrick Fugit) rozchodzi się w szwach. Ich dylematy moralne i inne problemy natury egzystencjalnej wypadają wyjątkowo sztucznie, zważywszy że biorą udział we współczesnej krucjacie przeciwko najczystszemu złu. Profil psychologiczny każdego z bohaterów wydobywany przez Kirkmana w komiksach Outcast w serialowej adaptacji wiąże się jedynie z ich wewnętrznym zagubieniem, co po pewnym czasie nudzi.

Wyraźnie widać, że twórcy przeciągają serial, by wyemitować zatwierdzony 10-epizodowy sezon. Nudny motyw szalonej i opętanej staruszki (Grace Zabriskie) nie wnosi wiele w fabułę serialu. Widzowie przygotowywani byli na tę konfrontację od trzech odcinków – ostateczne podsumowanie i zakończenie całego wątku co najmniej rozczarowuje. Twórcy za wszelką cenę starają się zatrzymać widzów przed ekranem telewizora. Do historii powraca tajemniczy motyw sprzed dwóch odcinków związanych z opuszczonym kamperem. Niestety, scenarzyści zamiast odpowiedzieć na zadane wcześniej pytania, stawia ich jeszcze więcej. Podobnie ma się rzecz z wątkiem oprawcy Megan Holter (Wrenn Schmidt), który pojawia się tylko po to, by zaznaczyć, że jego rozwinięcie nadal trwa i będzie kontynuowane w kolejnych epizodach.

Groza budowana w poprzednich odcinkach za pomocą retrospekcji i mrocznych, klaustrofobicznych scen egzorcyzmów w szóstym odcinku ogranicza się tylko do drugiego wariantu. Na tym polega też największy problem serialu – twórcy stawiają na jednolity poziom strachu widza, ani na moment nie pozwalając mu odetchnąć przy łagodnej scenie, której na próżno jest się doszukać podczas całego epizodu. Scenarzyści potrafią odnaleźć straszne motywy nawet w tak prozaicznych zajęciach jak roboty drogowe. Szare filtry nałożone na obiektyw kamery przyprawiają o depresję, a mroczne wnętrza budynków stawiają pytanie, dlaczego tak wiele osób w tym mieście nie płaci za prąd. Dodatkowo twórcy sięgają do sprawdzonych motywów budowania grozy w horrorach, o czym świadczą już pierwsze sceny odcinka, gdy pastor Anderson przegląda podniszczone kasety VHS, na których uwiecznił odbyte egzorcyzmy. To sekwencja o wysokim poziomie napięcia, traci jednak wiele na braku oryginalności.

Najgorszy jest natomiast fakt, że w Outcast: Opętanie nie ma postaci, której można by szczerze kibicować czy poczuć do niej choć krztę sympatii. To osobowości równie szare, jak wspomniane już filtry, a wiecznie smutna, apatyczna atmosfera towarzysząca każdemu z bohaterów tylko wzmaga obojętność wobec ich losów.

Mimo kilku ciekawych motywów, jak opis przeżyć podczas opętania jednego z ocalonych spod władzy demona, serial zaczyna robić się równie nieciekawy i szary, jak jesienne wieczory. Szkoda, zważywszy że pierwsze odcinki wskazywały na coś zupełnie innego.

Moja ocena: 5/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.