WYWIAD: Magdalena Cielecka i Julia Kijowska o Zjednoczonych Stanach Miłości

Zjednoczone Stany Miłości zostały nagrodzone Srebrnym Niedźwiedziem na Festiwalu Filmowym w Berlinie za scenariusz. To historia o czterech kobietach, których pragnienia i marzenia są głęboko skrywane w pozorach i obowiązku tkwienia w społecznych normach. Już od piątku opowieść o pewnym bloku w Polsce i jego mieszkańcach zagości na polskich ekranach, a my rozmawiamy o przemianach i roku 1990 z Magdaleną Cielecką i Julią Kijowską.

Tomasz Wasilewski w Zjednoczonych Stanach Miłości opowiada o momencie przełomu. Rok 1990 jest czasem wchodzenia w nowe. Co dla Pań oznacza ten rok?

Magdalena Cielecka: Byłam wtedy w klasie maturalnej i pamiętam ten czas jako okres czekana na coś. Z jednej strony czas nadziei i przełomu, a z drugiej wielki chaos i pogubienie w ekonomii czy organizacji życia. W emocjach, o których opowiada nasz film. Ludzie mieli apetyty, których jeszcze nie mogli spełnić, co rodziło napięcia i frustracje. Wylądował u nas Dziki Zachód, co miało ogromny wpływ na życie osobiste i emocjonalne ludzi. Trzeba pamiętać, że w tamtym roku, o którym opowiada nasz film, nie było łatwo się rozwieść czy rzucić wszystko na rzecz kariery, jak to jest w przypadku marzeń Marzeny. Była bardzo silna rola Kościoła, nie tylko jako religii, ale pewnego rodzaju życia kulturalnego i towarzyskiego. Na katechezę czy oazę chodziło się po świeże prądy myślowe. To był enklawa rodzącej się wolności.

To społeczeństwo miało wpływ na decyzje podejmowane przez bohaterki? Sytuacja decydowała o tym, że nie były one w stanie spełnić swojej miłości?

M.C.: Zdecydowanie tak. Oczywiście człowiek i jego uczucia w każdych czasach są takie same, ale możliwości i zachowania determinuje czas i miejsce. To był koniec komunizmu i mentalność ludzi nie była gotowa na zaakceptowanie pewnych rzeczy. Zresztą tak jest do dzisiaj. Samotna kobieta bez męża i dzieci, jak moja bohaterka, jest osobą podejrzaną.

Julia Kijowska: Istnieje ten sam zestaw problemów, który przerabiamy nieustannie jako ludzie będący w pewnej organizacji świata. Różni się natomiast intensywność emocji i tematy, których te emocje dotyczą. Dylematy związane z tamtymi czasami. Pamiętam, jak podczas pracy, wspominaliśmy różne rzeczy z organizacji naszych małych rzeczywistości. Uświadomiliśmy sobie w pewnym momencie, że każdy pamięta istnienie takiej osoba, która nie przynależała do rodziny, ale była bardzo blisko. Sąsiadka czy przyszywana ciocia, która uczestniczyła w naszym życiu. Ludzie kompletnie inaczej się komunikowali. Kontakty były bardzo intensywne. Być może łatwiej było się jednoczyć, bo posiadaliśmy wspólnego wroga. A z drugiej strony polityka przesiąkała do każdej sfery życia. Pamiętam, że w drugiej klasie podstawówki z niesmakiem patrzyłam na kolegę, który miał ojca prawnika i jego maluch był oblepiony ulotkami „wolę Lecha”, a u mnie w rodzinie głosowało się na Mazowieckiego. Istniała polaryzacja, która teraz wraca rykoszetem. Tylko wtedy mechanizm działania był prostszy.

Czy to nie była pozorna otwartość i bliskość? Jednoczyliśmy się, ale wiele tematów było pod powierzchnią, stanowiło tabu?

J.K.: Może tak. Chociaż nie wiem, czy była pozorna. Była trochę mniej przesiąknięta podziałem społecznym. Wiadomo, że utopia równości jest niemożliwa, ale wtedy te podziały w życiu codziennym były jakby mniejsze. Pamiętam dom, w którym mieszkałam. Był tam prawdziwy przekrój społeczny, ale moja mama wciąż ma kontakt z tymi ludźmi, mniejszy bądź większy. Nie było ważne, gdzie kto pracuje i jaką robi karierę, ale jak sobie radzi z życiem. Myślę, że teraz istnieje wielka wyrwa, do której tęsknimy, nie mogąc w pełni cieszyć się zdobyczami wolności. Siadamy sobie w kawiarni, pijemy coca colę albo kawę z tekturowego kubka i tęsknimy za tym, żeby stać w obdartym bloku, ale mieć unikalny kontakt z drugą osobą. Wtedy byliśmy opętani ideą wolności, a teraz, wydaje mi się, że ideą szczęścia. Jak go nie czujemy w każdej sekundzie naszego życia, to uważamy je za zmarnowane. To nowa lekcją, którą musimy przerobić.

Akcja filmu rozgrywa się na dużym osiedlu w dość zamkniętym i hermetycznym bloku. Czy takie otoczenie można potraktować jak metaforę Polski? Z jednej strony otwarta, pełna możliwości, ale wciąż zamknięta w swoich przekonaniach, odizolowana i skryta?

J.K.: To siła bardzo precyzyjnej i przenikliwej obserwacji, która katapultuje znaczenia nieraz dużo wyżej niż dokumentalne przedstawianie. W filmie jest scena, w której ludzie wychodzą z bloków jak z pudełek i idą tłumnie na msze. Idą do kościoła. Tak było, a jednocześnie, jak widzi się taki jeden wybrany obraz, to rozumie się z niego dużo więcej. Staje się on metaforą. Wydaje mi się, że Tomek wykonał wielką pracę, żeby to nie była łatwa reminiscencja i tęsknota za tamtym czasem, który obudowujemy tysiącem drobiazgów z naszej pamięci. A z drugiej strony, żeby ten film nie stał się wielkim metaforycznym obrazem świata w momencie przełomu. Łączy obie te rzeczy, ponieważ opowieść zbudowana jest z naszych wspomnień. Tomek wykorzystał nawet dokumentalne materiały swojej rodziny. Ten film jest czymś dużo więcej niż tylko fotografią.

Jak bardzo zmieniło się rozumienie kobiecość od tego czasu?

M.C.: Zmieniły się przede wszystkim możliwości. Niezależność i praca, a co za tym idzie pieniądze, dają kobiecie poczucie sensu i wartości. Zyskałyśmy możliwość bycia sobą. Dziś nie jest problemem rozwieść się albo żyć w nieformalnym związku z dzieckiem bądź mieć partnera tej samej płci.

J.K.: Chociaż w dalszym ciągu jest mnóstwo do zrobienia. In vitro czy aborcja to trudne tematy, o które spieramy się teraz w naszym kraju. Prawa Kobiet do wolności i samostanowienia są przecież na świecie nieustannie łamane. Kobiecość wciąż jest tematem do przekopania. To niewiarygodne, że w naszym świecie ciągle musimy o coś walczyć.

Zjednoczone Stany Miłości opowiadają o uczuciu niemożliwym do spełnienia.

J.K.: To jest film o miłości niespełnionej. O jakiejś wyrwie i czarnej dziurze, którą być może nosimy jako ludzie. To tęsknota do czegoś więcej, która powiększa się z postępem cywilizacji. Uważam, że historia Agaty jest nie tylko o miłości, ale głównie o tęsknocie do świętości, jakiegoś sacrum. Do sensu i duchowości.

Jak wyglądały przygotowania do pracy przy filmie? Odbywały się próby czy proces tworzenia postaci miał miejsce na planie?

M.C.: Były regularne próby, jak w teatrze. Spotykaliśmy się przez parę tygodni w podgrupach z poszczególnych wątków. Tomek dużą wagę przykładał do próbowania pewnych scen, do szukania rozwiązań. To, co widzimy na ekranie, nie jest dosłownym odzwierciedleniem tego, co zostało zapisane w scenariuszu. Kształt filmu, jego konstrukcja dość mocno różni się od scenariusza, który dostałyśmy i nad którym wspólnie pracowałyśmy.

J.K.: Ja dołączyłam do tego grona najpóźniej. Najpierw miałam osobne spotkania z Tomkiem. Próbowaliśmy nadrobić cały proces, w trakcie którego pozostali byli już od paru ładnych lat.

Jak bardzo różni się ostateczny efekt od wersji scenariuszowej?

M.C.: Zmieniła się konstrukcja. Film był bardziej pozaplatany, wątki mocniej się przeplatały i dopełniały nawzajem w trakcie odkrywania kolejnych bohaterek. Teraz są to trzy nowele związane ze sobą, ale jednak osobne. Do dzisiaj się śmiejemy, że ze scen, które nie weszły do filmu, można by stworzyć trzy osobne opowieści. Film jest o tym samym, ale pozmieniały się środki ciężkości i linearność.

J.K.: W scenariuszu od początku była zapisana tajemnica. Do odkrywania przez aktora i widza. W pracy taka forma, którą można rozpychać, dociekać, a historie próbować łączyć jak poszczególne punkty w obrazek, domykający się dopiero na końcu, jest ekscytująca. Unikalne było to, że pracowaliśmy nad materiałem, który opowiada o świecie, którego już nie ma, ale wszyscy go pamiętamy. W nim dorastaliśmy. Mierząc kostiumy, wyciągaliśmy więc ubrania jak z naszej starej szafy albo szafy naszych rodziców. To była nieustanna wymiana pamięci od najdrobniejszych elementów. Taki super wehikuł.

Rozmawiała: Małgorzata Czop