RECENZJA: 183 metry strachu

Seksualizacja kobiecego ciała zajmuje dużą przestrzeń filmu do czasu aż w rajskim spełnieniu marzeń nie pojawi się niosący zniszczenie drapieżnik. Blake Lively z powodzeniem wypełnia czas ekranowy, choć twórcy na jej barki zrzucili karkołomne zadanie. Nancy Andrews musi poradzić sobie z kryzysem tożsamości i złamaną wolą walki o sobie po śmierci matki, kiedy zostaje zaatakowana przez rekina. Uporanie z psychologicznymi traumami schodzi na dalszy plan, a dziewczyna bierze się do wymyślnego działania, by ocalić własne życie.

Jaume Collet-Serra dobrze przygotowuje grunt do chwil grozy, które rozegrają się w pobliżu rajskiej plaży. Snuje kamerą po pięknych widokach, z lubością przygląda się wysportowanemu i apetycznym ciału Lively. Estetyzuje całość jak wakacyjną pocztówkę. Tym boleśniejsza jest zmiana błogiego nastroju na chwile grozy i napięcia, w których reżyser łączy Szczęki Spielberga z 127 godzinami Boyle’a.

183 metry strachu dość dobrze buduje napięcie. Reżyser igra z oczekiwaniami widzów, wprowadza kilka zmyłek i zaskoczeń, które nawet mogłyby oddziaływać. Mogłyby, ale tego nie robią… Collet-Serra tak bardzo zatopił się w swojej wizji, że kilkukrotnie przekroczył granicę absurdu, która bezpowrotnie psuje powagę sytuacji. Pozostaje już tylko nerwowy śmiech z groteski sytuacji i ambitnego, zawziętego rekina.

Trudno zarzucać filmowi błędy w tym, w czym miał być najlepszy. 183 metry strachu doskonale spełniają się w funkcji niewymagającego wakacyjnego straszaka. Rekin poważnie rani bohaterkę, która wpłynęła na jego teren. Uparcie krąży wokół niej, czekając na odpowiedni moment do ataku, a Nancy w wymyślny sposób walczy o przetrwanie. Można powiedzieć, że każdy ma Życie Pi, na jakie zasłużył. Dziewczyna zaprzyjaźnia się z wyjątkowo ironiczna mewą o wdzięcznym przydomku Steven Seagal, dzięki czemu wciąż zachowuje czysty umysł. Dookoła piękne otoczenie, a pod wodą nieocenione i niebezpieczne "wsparcie".

Co najważniejsze, na ekranie przez cały czas trwania filmu, króluje kobieta – obdarta ze stereotypowego postrzegania i uprzedmiotowienia. Jest silna, zdecydowana i zaradna. Choć Lively nieco brakuje do aktorskiego intrygowania i kreowania, wciąż przyciąga i zatrzymuje naszą uwagę. To duży plus. Udało się stworzyć złożoną postać w leciutkiej formie kina grozy. Collet-Serra co prawda ociera się o łopalogię i nadmierne uproszczenia, jednak potrafi zagwarantować 86 minut strachu. Pamiętajcie, bądźcie ostrożni nad morzem! Nawet w rajskim miejscu może czaić się bestia.

Moja ocena: 5,5/10