RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 4

Fear the Walking Dead odgrzewa schematy zaczerpnięte z The Walking Dead, a zmiana scenerii i umieszczenie akcji po przeciwnej stronie Ameryki nie zmienia sprawdzonych klisz. Widz ma wrażenie, jakby widział już gdzieś wcześniej większość scen z odcinka.

Tym razem grupa ocalonych musi zmierzyć się z grupą agresorów, którzy kamuflując się ciężarną kobietą atakują ich jacht. Nie ma w tym wiele oryginalności, tym bardziej, że twórcy nie wyjaśniają szczególnych motywów oponentów. Prawie wszyscy antagoniści są jednowymiarowymi, czarnymi charakterami, jakich grupa Ricka (Andrew Lincoln) z The Walking Dead spotkała już niejednokrotnie w trakcie swojej 6-sezonowej tułaczki. Sam atak nie budzi w widzu poczucia zagrożenia, a przecież właśnie o to chodziło.

Czwarty odcinek drugiego sezonu skupia się na przeszłości Victora Stranda (Colman Domingo). Za pomocą retrospekcyjnych majaków bohatera opowiedziana zostaje jego droga na szczyt, ku wielkiemu bogactwu. Historia ta rozczarowuje swoim brakiem oryginalności, a fanów Fear the Walking Dead liczących na szczególnie wyrafinowane origin story Stranda odrzuci swoją banalnością i prostotą. Co ciekawe cały wątek ulega popularnemu w obecnym kinie (a szczególnie w serialach) motywowi homoseksualnemu, który nie pasuje do ogółu historii.

Epizod cierpi na przeraźliwy brak oryginalności – począwszy od montażu, zdjęć i gry aktorskiej, po zastosowane w nim zabiegi fabularne. Twórcy po raz kolejny stosują zużyty już motyw oblania się wnętrznościami żywych trupów, co stanowi swoisty kamuflaż podczas przedzierania się obok ożywieńców. O ile faktycznie wpisuje się to w brutalną konwencję zombie movie, o tyle scenarzyści zbyt często sięgają po to rozwiązanie (już drugi raz pod rząd w samym Fear the Walking Dead, o The Walking Dead nie wspominając).

Odcinek chwali się natomiast dobrze wyważonym tempem akcji. Daleko mu do mozolnych początków serii, gdy napisy końcowe były jedynym ciekawym momentem epizodu. Napięcie może nie wciska w fotel, ani nie wywołuje nadmiernej palpitacji serca, prezentuje jednak na tyle dobry poziom, by przykuć uwagę widza.

Główni ocaleni posuwają się do coraz drastyczniejszych metod, aby przetrwać – jak wpłynie to na ich psychikę? O tym widz przekona się w kolejnych odcinkach spin-offu jednego z najsłynniejszych seriali od AMC.

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.