RECENZJA: Star Trek: W nieznane

Enterprise się rozbił! Nie jest to bynajmniej wina odejścia J.J. Abramsa z reżyserskiego stołka. Justin Linz dużą wprawą przejął stery rozpędzonego statku i z elegancją omija kosmiczne przeszkody. Załoga od trzech lat wędruje po kosmosie, poszukując nowych gatunków i prowadząc badania naukowe. Widać u nich wyraźne znudzenie i wypalenie zawodowe w stabilnych warunkach pokoju. Jednak czas na marudzenie i tożsamościowe poszukiwania szybko się skończy, kiedy zaatakuje ich niezwykle rozproszony i dynamiczny wróg pod dowództwem Kralla (Idris Elba). Kapitan Kirk (Chris Pine) ponownie wejdzie na mostek i pokieruje misją ratowania statku i całej załogi.

Star Trek: W nieznane ma w sobie tego samego zadziornego ducha, co poprzednie dwie części. Hołubi wartości jedności, braterstwa i pokoju, które od wielu lat doskonale funkcjonują w społeczeństwie. I choć załoga Enterprise sprzeciwia się przemocy, po raz kolejny musi sięgnąć po broń. Nie będzie to łatwa potyczka – nie tylko oni doskonalą swoje wyposażenie, również przeciwnik nabiera sił i potrafi przewidzieć każdy ich ruch. Nierówna walka pełna jest pościgów, strzelania i walki wręcz, które mogą zachwycać reżyserską inscenizacją.

Justin Lin klasyczną akcję i nieustanne wpadanie kapitana Kirka w tarapaty zrównoważył nieco bardziej osobistym dotykiem. Odnalazł przestrzeń na rozmowy pomiędzy członkami załogi, dzielenie się przemyśleniami czy wątpliwościami. Zakochani w powierzonej im misji, czują ciężar straconych lat i samotnej przyszłości. Nawet komandor Spock (Zachary Quinto) zdobędzie się na kilka emocjonalnych wędrówek.

Star Trek: W nieznane ma to, czego potrzebuje: wizualną spójność, pomysłowe rozwiązania i fenomenalnych bohaterów, którzy od lat funkcjonują według dewizy trzech muszkieterów: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Co więcej, dobrze obeznani z wnętrzami Enterprise, po raz pierwszy opuszczają go na tak długo, dzięki czemu Lin zyskuje nowe możliwości. Wprowadza nowe postaci, broń czy ciekawe futurystyczne przestrzenie.

Kolejna odsłona międzygalaktycznej przygody łączy w sobie akcję rodem z kina sensacyjnego, romantyczną duszę (Spock dość skrycie pielęgnuje ją w sobie) oraz dużą dawkę humoru (fantastyczny Simon Pegg jako Scotty!). Reżyser wprowadza nostalgicznego ducha, wspomnienie starej załogi, ale potrafi też znaleźć przestrzeń na komentarz do współczesnych, niespokojnych czasów. Opowieść sci-fi można traktować w niezwykle symboliczny sposób. W naszym świecie zagrożenie jedności społeczeństwa również może przyjść z wewnątrz. Od jednostki porzuconej, poranionej i zostawionej przez społeczeństwo, która pielęgnuje w sobie frustrację i złość, prowadzące ostatecznie do osobistej wendety.

To ekscytująca i pełna radości wyprawa, która wciąż utrzymuje wysoki poziom. Logiczne potknięcia uchodzą płazem, ponieważ dobrze wiemy, że chodzi o zachwyt rytmem akcji i wizualnymi rozwiązaniami. Kapitan Kirk z entuzjazmem podchodzi do swojego zadania, dzięki czemu wszystkich zaraża swoją pozytywną energią. Pozostaje tylko czekać, aż Enterprise ponownie będzie gotowy do drogi.

Moja ocena: 7,5/10