RECENZJA: Jason Bourne

Jason Bourne, choć udało mu się wymknąć z programu prowadzonego przez CIA, wciąż poszukuje odpowiedzi dotyczących jego przeszłości i śmierci ojca. Wiedzie niebezpieczne życia, schowany przed czujnym okiem „Wielkiego Brata”, zarabia na nielegalnych walkach gdzieś w podziemiach Aten. Względna stabilizacja nie może potrwać długo. Dawne życie puka do jego drzwi w postaci Nicky Parsons (Julia Stiles), byłej agentki, która wykradła tajne akta Agencji. Przeciek większy niż afera Snowdena nie ujdzie nikomu płazem.

Paul Greengrass przygotowuje porządny grunt pod kolejną opowieść o nieustraszonym Bournie (Matt Damon). Greckie zamieszki, balansowanie na granicy życia i śmierci, wielka ucieczka przed policją oraz wysłannikiem szefa CIA, Assetem (Vincent Cassel). Reżyser od samego początku buduje niesamowite napięcie, a dynamika zdjęć nie pozwala ani na chwilę odetchnąć. Pościgi, walki wręcz i strzelaniny wiąż stanowią sedno działania Bourne’a, ale reżyser wprowadza nową tematykę i wirtualną rzeczywistość, z którą trzeba się zmierzyć.

Iron Hand to nowy program, który planuje wprowadzić dyrektor CIA, Robert Dewey(genialny Tommy Lee Jones) z pomocą młodego programisty Aarona (Riz Ahmed). Permanentna inwigilacja obywateli przy pomocy filmowego odpowiednika Facebooka, Deep Dream, staje się zarzewiem konfliktu. Moralne wątpliwości i logistyka wykonania przejmują kontrolę nad ambicjami i pokusą wielkich pieniędzy. Greengrass wprowadza temat, który od dawna jest obecny, nie tylko w filmowej, rzeczywistości. Z przekraczaniem granic prywatności użytkowników sieci mamy do czynienia w Homeland, Mr. Robot czy House of Cards. Czy przejęcie pełnej kontroli jest kierowane względami bezpieczeństwa, a może pragnieniem władzy ze strony nieco psychotycznego Deweya?

W Jasonie Bournie to właśnie internetowa inwigilacja zajmuje ogromną przestrzeń. Działania prowadzone pod przewodnictwem Heather Lee (Alicia Vikander) wprowadzają w nieme osłupienie. Można przymknąć oko na magię i brak logiki w szybkim odnajdywaniu ludzi dzięki satelitom i kamerom miejskim, kiedy służą fabularnemu zacięciu. W końcu programiści przestali przypadkowo klikać w klawiaturę, a ich działania odnajdują więcej sensu. Dzięki wprowadzeniu kobiecej bohaterki, która z równie wielką determinacją i siłą, jak mężczyźni, pociąga za sznurki, przedstawiony świat staje się pełnowymiarowy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie ona rozdaje karty w tej rundzie.

Cieszy, że każdy bohater jest ambiwalentnie oceniany. Choć kibicujemy Jasonowi, wciąż z tylu głowy pozostaje informacje o jego szkoleniu i predyspozycjach do zabijania. Czy wciąż jest ofiarą systemu pozbawioną świadomości? Ostatecznie odzyskał przecież kontrolę, ale wciąż działa według wpojonych schematów. Można zadawać sobie pytanie, czy niczego się nie nauczył, widząc zachowania, w których cel uświęca środki. Reżyser udowadnia, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy egoistami działającymi w służbie własnego ego. Czy to dla zemsty, wyższego stanowiska, poczucia władzy czy dowiedzenia prawdy. Zaspokajamy żądze przypisując im wyższe znaczenia jako wykonywane dla kraju czy społeczeństwa. Aż dziw bierze, że po kinie akcji można spodziewać się również intelektualnych zagrywek i głębszej analizy rzeczywistości.

Jason Bourne igra z naszymi zmysłami, wprowadza niesamowite tempo, a scena pościgu na ulicach Las Vegas przywodzi o dreszcz ekscytacji. Choć logika czasami chowa się w przestrachu, a początkowe działania CIA przypominają scince-fiction z niedalekiej(!) przyszłości, to wciąż jesteśmy obserwatorami dobrego kina. Ekscytującej walki mniejszego zła z większym, w świecie, w którym dobro już dawno zeszło z areny. Do tego pełnokrwiści bohaterowie w cudownych aktorskich odsłonach. Tommy Lee Jones zachwyca umiejętnym prowadzeniem dualistycznej natury dyrektora, Alicia Vikander hipnotyzuje zaciętym spojrzeniem i zdecydowanym działaniem, a Matt Damon po raz kolejny pokazuje siłę i odwagę. Wybuchowa mieszanka temperamentów spełnia swoją rolę.

Film Greengrassa jest jak noworoczne fajerwerki. Pełen ekscytacji i napięcia, barwnych zaskoczeń i oczekiwanych wybuchów. To taki prezent, na który czeka się z niecierpliwością. I chociaż wiadomo, czego można się spodziewać, to rzeczywistość przerasta oczekiwania. Bourne jest w formie, dzięki czemu to wybuch pełen niespodzianek.

Moja ocena: 8/10