Recenzja: Julieta

Almodovar to zapatrzony w kobiecą płeć i nadpobudliwy analitycznie artysta. Mocno szczebiocząc z popkulturą i karykaturą snuje refleksje o obyczajowości i jej ostrzu wymierzonym w kobietę. Konsekwentnie, w tej temperaturze tworzy Juliete, ale gra znaczonymi kartami, nie urozmaica swojej talii i jest mało dyskretny.

Mamy kobietę z tajemniczą przeszłością. Jedna rozmowa z przyjaciółką jej córki powoduje, że odchodzi od obecnego partnera i przeprowadza się w miejsce, w którym już kiedyś mieszkała. Tam siada i w obsesyjnym tempie pisze list. Jak się okazuje odbiorcą będzie córka, której nie widziała od 12 lat. Nie zna jej adresu, nic o niej nie wie.

Historia jest zbudowana na zasadzie retrospektywy i przez większość filmu jesteśmy w przeszłości i nią żyjemy – jak Julieta. W jej całym burzliwym życiu, największy wpływ na jej ekstremalne stany mieli mężczyźni. Czuje się odpowiedzialna za tragedie, które spotkały ludzi w okół niej. A jak się okazuje, u kobiet poczucie winy się dziedziczy.

Almodovar znowu zanurkował w hiszpańskiej kulturze, by podłubać w kobiecej naturze, jednak nie jest spektakularny we wnioskach w żaden sposób. Postaci mają mało wymiarów, a w nas piętrzy się wrażenie (a nie wnioski!), że znamy ciąg dalszy zbyt wcześnie, jak na tak zwinnego reżysera, który przyzwyczaił nas do ostrej polemiki z przyzwyczajeniami. Artysta wydaje się lenić w budowaniu tego świata i idzie na skróty. Rzadko dostajemy jego absurdalne poczucie humoru, czy gatunkowy lunapark. Za to wiemy, że kobiety to istoty znęcające się nad swoją duszą, wierne, potrzebujące bardziej miłość od wolności. Kobiety w jego filmie miały być wyzwolone, odważne. Nasza Julieta, która zaczyna romans w pociągu, a potem niesiona namiętnością i wiarą w ideał uczucia, jedzie do niemalże obcego mężczyzny. Jednak nie ma w tej obserwacji pazura, punktów zwrotnych, znaków zapytania, czy tej typowej dla Almodovara zawziętości i detali. Symbolika zamyka się w morzu, niosącym wolność i niebezpieczeństwo oraz w śmierci, za którą zawsze czują się odpowiedzialne kobiety – są jak gdyby obciążone genetycznie chronicznymi wyrzutami sumienia. Jest za to mnóstwo narracji z telenoweli, a niektóre chwyty są zbyt infantylne i zgrzytające, by można było je potraktować jako ironia. To źle ulokowane uczucia artysty i nieudane inwestycje formalne.

Julieta dywaguje nad kobiecą naturą, ale zamiast druzgoczącego i szarpiącego przemówienia, dociera do takiego small talku przy słabo zaparzonej herbacie, która za szybko stygnie. To takie Kobiety na skraju załamania nerwowego przeżyjmy to jeszcze raz, ale mniej zgrabnie i nie odkrywczo. „Okruchy życia” Almadorovi po prostu robić nie wypada.

Ocena: 4/10