Nowe Horyzonty: Ma Loute

Nie da się wzruszać ramionami, kiedy ktoś ci mówi, że w sztuce wszystko już było i to zbiór skończony. Postacią, która uprzedza przed przedwczesnym pisaniem nekrologu dla zaskoczeń w kinie, jest Bruno Dumont. W obłędnym, ekspresyjnym i stylizowanym na wręcz afektywny, show Ma Loute, wysuwa postulat, że reżyser jest ograniczony wyłącznie własną wyobraźnią. A ta – o bogowie – jest nieograniczona.

Mamy 1910 rok, niepozorne wybrzeża Francji. Tytułowy bohater Ma Loute Brufort zajmuje się przeprowadzaniem przez rzekę tych gotowych zapłacić, by nie ubrudzić swoich bogatych szat. Są to najczęściej najbogatsi mieszkańcy, turyści… tutaj też dania. Okazuje się, że Brufort ratuje rodzinę przed głodem swoją pracą, ale inaczej niż myślimy. Nasze postaci kończą na talerzach jego rodziny. W pewnym momencie sprawą niewyjaśnionych zniknięć zaczynają się zajmować dwaj mało dziarscy i zorganizowani policjanci, wyjęci na żywo z historyjek Louis de Funès, w stylistyce Flipa i Flapa. Jakby tej parady osobliwych historyjek było mało, dostajemy jeszcze przerysowaną operę mydlaną, w której stylu żyje pewna arystokratyczna rodzina. Karuzela obłędu będzie udawała, że chce opowiedzieć w ultra osobliwy sposób historię miłosną. Że niby tylko o mezalians i komedyjkę chodzi.

Dumont rozpala swoją głowę do czerwoności, potrząsając stworzonym przez siebie światem w dowolny sposób. Nawet nie stworzonym, a zastanym, bo w tej całej fanfaronadzie groteski, sztuczności, obłędu, jest tak naprawdę precyzyjna krytyka arystokracji i nierówności społecznych. W duchu komedii slapstickowej, ekspresjonizmu niemieckiego, autor nie powstrzymuje się przed wymieszaniem tego z neobarokiem, a i tak nikomu nie przychodzi do głowy by powiedzieć: wystarczy! Od przybytku głowa nie boli, a jest usatysfakcjonowana, jeżeli jest tak rozpieszczona esencją jak u Dumonta. Jego metody nie prowokują diagnozy zespołu Tourette’a , a raczej zadomowionego w historii kina, urwisa, który nie uznaje świętości. Film dociera do ekstremum zniekształcenia i karykatury, niebezpiecznie szarżuje spójnością historii, by w inteligentny, ale pięknie niezdyscyplinowany sposób, pokazać niebezpieczeństwo klasowości – jak królik sam odgryza sobie głowę i kto kogo ostatecznie zjada.

Ma Loute jest jednym z najlepiej udających eksperyment projekcji ostatniego czasu, która tak naprawdę okazuje się surrealistyczną podróżą po historii kina na dachu samochodu. Nie po to jest kino, by naśladować rzeczywistość, a o niej rozprawiać w niewiarygodnie swój sposób. Dumont hucznie świętuje namiętny romans rzeczywistości z fantazją. Dawno nie było w kinie tak wzburzonego i zaburzonego świata, który wie kiedy puścić kierownicę, by się nie rozbić.

Ocena: 8,5