RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 5

Twórcy w Fear the Walking Dead starają się uwikłać widza w konflikt wewnętrzny bohaterów serialu. Kłopot w tym, że wypada on identycznie jak w The Walking Dead, przez co zupełnie nie angażuje odbiorcy.

W piątym odcinku spin-offa Żywych trupów dochodzi do ostatecznej konfrontacji między bandytami atakującymi pobliskie jachty, a grupą Travisa Manawy (Cliff Curtis). Twórcy usilnie starają się zatrzeć granicę między dobrem i złem, uświadamiając odbiorcom, że załoga Abigail również jest w stanie posunąć się nawet do niemoralnych czynów. Apokalipsa zombie wydobywa z nich najmroczniejsze aspekty ich rozumu i zmusza do czynienia zbrodni w imię przetrwania oraz ocalenia bliskich. Nikt już nie jest jednoznacznie biały ani czarny – dominuje szarość.

To, co na papierze brzmi ciekawie, na ekranie wypada wyjątkowo nieporadnie i naciąganie. Twórcy nie panują nad tempem całego serialu, stąd niektóre epizody wręcz pękają od nadmiaru akcji, inne z kolei są nazbyt przegadane i nudne. Piąty odcinek należy niestety do tej drugiej grupy. Fabuła epizodu w większości opiera się na patetycznych dialogach między poszczególnymi postaciami serialu. Nie wnoszą one za wiele w całą historię, ani nie rozbudowują osobowości bohaterów. Są zbędnymi zapychaczami, przeciągającymi drugi sezon Fear the Walking Dead.

Jedynie Chris Manawa (Lorenzo James Henrie) daje upust swoim psychopatycznym skłonnościom. Tworzy tym samym skrajnie nierealistyczną i antypatyczną postać. Scenarzyście (Carla Ching) wyraźnie zależy, aby wywrzeć na odbiorcy negatywne wrażenie jego nieludzkim postępowaniem i o ile faktycznie w chwili popełnienia przez nastolatka zbrodni po karku widza może przejść zimny dreszcz, to po krótkim namyśle nietrudno dojść do wniosku, że cały motyw zwyczajnie nie ma sensu, ani nie jest dostatecznie wyjaśniony. Jedyną przyczyną załamania psychicznego Chrisa jest niedawna śmierć jego matki, lecz jest ona dosyć błaha w porównaniu do strat innych bohaterów.

Twórcy zbyt wcześnie powracają do otwartych wątków z poprzednich epizodów. Ich dopowiedzenie odbiera przyjemną aurę tajemnicy. Zamiast stworzyć interesujące historie poboczne, wątki te wplątane zostają w główną linię fabularną, przez co widz odnosi nieodparte wrażenie, że cały serial skupia się tylko i wyłącznie na motywie żeglującej załogi Abigail oraz ich walce o przetrwanie.

Operator (Patrick Cady) decyduje się nakręcić rozmowy bohaterów tzw. roztrzęsioną kamerą, co już w drugiej połowie epizodu zaczyna poważnie drażnić. Prawdopodobnie styl ten ma budować napięcie i zagęszczać atmosferę. Niestety, efekt stosowany w kinie najczęściej w scenach walk i pościgów, w zamkniętych pomieszczeniach wypada koszmarnie – dekoncentruje, nie pozwalając skupić się na dialogach.

Jakość odcinków Fear the Walking Dead jest równie niejednorodna, jak niejednoznaczne są decyzje podejmowane przez bohaterów. Nasuwa się tu pytanie, kiedy cała seria spocznie na mieliźnie?

Moja ocena: 5/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.