RECENZJA: Legion samobójców

Co się stanie, jeśli bardzo złych ludzi wrzucimy w bardzo złą sytuację sprowokowaną przez złą i nierozważną kobietę? Dodamy do tego namiastkę miłości, złości , meta zdolności oraz bóstwa z przeszłości? Brzmi jak mieszanka wybuchowa? Spokojnie, w filmie Davida Ayera wystrzałowa jest jedynie broń. A bohaterowie i tak strzelają tylko ślepakami.

Więzienie z najgroźniejszymi przestępcami na świecie jawi się jako miejsce tortur i wymyślnych upokorzeń. „Wybitnie” uzdolnieni ludzie (a raczej metaludzie) odsiadują w nim wyroki dożywocia, więc perspektywa wyjścia na wolność w służbie ludzkości staje się dla nich doskonałą okazją do złapania świeżego powietrza. Amanda Waller (Viola Davis) po śmierci Supermana, który na szczęście był po stronie rządu, postanawia zorganizować specjalną jednostkę na „wszelki wypadek”. A zdarza się on niemal natychmiast. Coś, co miało stanowić broń, wymyka się spod kontroli. Źli ludzie wyruszają na misję przeciwko destrukcyjnym siłom z wielkim ego.

David Ayer wrzuca swoich bohaterów w środek akcji, prowadzi ich raz w prawo, raz w lewo, ale nieustannie wpada w ogromne dziury scenariuszowe. Wiele razy możemy się zastanawiać skąd się wzięli w danym miejscu i dlaczego tam są. Sceny wyglądają jak pocięte pocztówki, w których brakuje kluczowych elementów. Co więcej, reżyser nie wierzy w inteligencję widza, więc łopatologicznie wprowadza postacie (dwa rozpoczęcia filmu) oraz wielokrotnie podbija ich motywacje czy pragnienia.

Najwięcej filmowej przestrzeni otrzymuje Harley Quinn (Margot Robbie) – intrygująca i hipnotyzująca komiksowa kreacja, która ewidentnie bawi się otrzymanym tekstem. Robbie po raz kolejny ratuje hollywoodzką produkcję swoją charyzmą i kompleksowym budowaniem postaci. Choć momentami (przez dziwne montażowe rozwiązania) gubimy się w jej działaniach, potrafi zbudować obraz pełnego oddania i miłosnej fascynacji. Sarnie oczy, w których tkwi złość, ale i łagodność cudownie oddają dualistyczną naturę postaci.

Na równi z Quinn, w świecie Ayera, funkcjonuje Deadshot (Will Smith) – zabójca na zlecenie z gołębim sercem wobec swojej córki. Dość szybko staje się niepisanym przywódcą Legionu, który balansuje na granicy dobra i zła. Smith otrzymuje materiał do grania, choć uproszczony i schematyczny, czego nie można powiedzieć o pozostałych członkach ekipy: Diablo (Jay Hernandez) zmaga się z darem, który jest przekleństwem, Boomerang (Jai Courtney) staje się grupowym śmieszkiem, a Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje) po prostu jest.

Zabrakło również wielkiego wejścia samego Jokera (Jared Leto). Mroczny zabójca ocieka groteską, która doskonale odbija się w charakteryzacji. Leto wydobywa z siebie demoniczny śmiech, ma szalone oczy, ale to za mało do stworzenia silnej postaci, która byłaby w stanie współgrać z Quinn. Wydaje się, że uczennica przerosła mistrza.

Legion Samobójców z najbardziej oczekiwanego filmu roku, może stać się największą klapą. Scenariuszowa nieudolność uderza z ekranu z ogromną siłą do tego stopnia, że finałowe „Bohemia Rhapsody” Queen zamiast elektryzującego domknięcia, z nutką szaleństwa, przypomina oddech ulgi. David Ayer nie potrafił się zdecydować, czy przedstawić historię na poważnie czy z humorystycznym zacięciem. Reżyserska niekonsekwencja i logiczne wyrwy boleśnie ranią bohaterów, którzy mogli mieć szansę zaistnieć. Legion samobójców zatopił się we własnych ambicjach i pomysłach. Powstał obraz zlepiony z wielu mniejszych obrazków, które doskonale współgrają z fenomenalnym soundtrackiem. Dwie godziny teledysku przeplatanego od czasu do czasu jakąś akcją.

Moja ocena: 4/10