Recenzja: Złe mamuśki

Amerykańskie kino komediowe już dawno zrezygnowało z elegancji, minimalizmu, czy metaforyzacji. Mają ograne metody śmiechotwórcze ponad tymi sensotwórczymi. Jednak Złe Mamuśki nie powodują aż takiego deja vu, nie torturują naszego poczucia estetyki, a robią brawurową i pierwszoligową szyderę z perfekcyjnego stylu życia i mitu macierzyństwa. Bezpośrednio i wulgarnie tworzą girl power movie. I chwała im za to, nawet jeżeli nie zawsze to równo stawiane kroki, a ciężkie uderzenia o podłogę, to ta się zatrzęsie!

Dziecko to dar dla kobiety, ale macierzyństwo i wszystko co z nim związane już mniej. To nie tylko wzruszenia przy pierwszych krokach, ale obrzydzenie przy pierwszej zmianie pieluchy. Dzień Matki jest tylko raz w roku, a kobieta musi być nią przez 365 dni i daleko jej rzeczywistości od life stylowych magazynów. Zamiast uśmiechniętej buzi więcej podkrążonych oczu, a zamiast rozmów o cudownych ubrankach dla dziecka pojawiają się plany dolania whiskey niemowlakowi do mleka by szybciej usnęło.

I o tym właśnie opowiada ta prosto rozrysowana, dosyć standardowo skonstruowana fabuła, w której to nasza bohaterka Amy mówi w pewnym momencie dosyć i nie zamierza uważać się za złą matkę z powodu zrobienia ciastek glutenowych, czy niedowiezienia dziecka na lekcje mandaryńskiego. Postanawia walczyć o normalność – która obecnie uchodzi za dziwactwo – a towarzyszą jej w tym dwie fantastycznie wykręcone postaci. Kiki boi się, jej dziecko wyzwie ją od dziwek jeżeli kupi mu nie właściwy sok, a kino po południu z koleżankami to dla niej grzech ciężki. Natomiast Carla jest temperamentną łobuziarą na pełen etat, soczyście przeklina, nie wie co to jest drugie śniadanie i profilaktycznie odbierając syna ze szkoły podrywa woźnego. Happy Tree Friends tworzą energetyczny team, który będzie chciał obalić rządy idealnych matek – czyli finalnie tych ZŁYCH.

Nie łudźmy się, nowych lądów nie odkryjemy, zadumy nad kwestią gender również tu nie będzie. Jednak bezpośredniość opowiadania i zachwyt ekspresyjnie okazywany codziennemu bohaterstwu kobiet jest rozegrany tutaj koncertowo. Nie ma kulturowej czkawki, a bezpardonowa walka ze stereotypami nie zostanie niestety wzięta aż tak na poważnie, gdyż to kino opowiadające bardzo lekko o pewnych ciężarach. Karuzela śmiechu nie powoduje mdłości, ale też nie ma większych ambicji. Nie w głowie mu rozprawa o feminizmie, a wpisanie się w modny ostatnio nurt kina „wyluzuj”.

Mimo że ten film nie odrobił lekcji humanistyki, filozofii, to zajęcia terenowe i eksplorację absurdów współczesnego społeczeństwa i popkultury zdaje na celujący. Przy okazji zwraca należny hołd kobietom, robiąc to w destrukcyjnym rytmie Kac Vegas. Jest para, jest bezczelnie, błyskotliwie w dialogach, a twórcom zależy by rozbawić nas czymś więcej niż humorem sytuacyjnym, czy prostymi gagami. Złe mamuśki należą się wszystkim dziewczynom, chociaż w filmie – dzień PRAWDZIWYCH kobiet. Takie swoiste na barykady, ale z butelką whiskey i mruganiem okiem. Emancypacja w kameralnych warunkach, bez skończonych fakultetów i intelektualnych postulatów, ale ze zwierzęcą energią i coming outem niedoskonałości.

Ocena: 6/10