RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 6

Krajobraz postapokaliptycznego świata ze spokojnego oceanu przenosi się na słoneczne wybrzeża Meksyku. Twórcy idealnie wyważają każdy aspekt historii, by ani trochę nie przegiąć z nadmiarem akcji, dialogów czy pretensjonalności. Ostatecznie szósty odcinek to poprawne kino gatunkowe, które nie wyróżnia się na tle innych produkcji z nurtu zombie movie.

Pod stopami głównych bohaterów serialu nareszcie pojawia się suchy ląd, i choć przyjemna willa otoczona ceglanym murem sprawia wrażenie bezpiecznego schronu przed ożywieńcami, to jak każda inna lokalizacja z uniwersum The Walking Dead skrywa trupa w szafie. Wszystko wskazuje na to, że meksykańska wioska uwikłana zostanie w wątek fanatycznej sekty, tradycyjnie zagrażającej głównym bohaterom serialu.

Szósty odcinek Fear the Walking Dead jest o tyle dobry, iż skupia się zarówno na bohaterach serialu, jaki i fabule, która w końcu nie jest tylko krótką, epizodyczną przygodą na szlaku, lecz kamieniem milowym w tułaczce załogi Abigail. Wyraźnie widać, jak bardzo na przestrzeni serialu rozwinęła się postać Nicka Clarka (Frank Dillane). W pilocie serii był tylko irytującym narkomanem z problemami emocjonalnymi – teraz jest najbardziej empatycznym i wrażliwym bohaterem, zdolnym do poświęceń oraz koniecznej walki z osobami i istotami zagrażającymi jego rodzinie. W opozycji do Nicka śmiało postawić można Chrisa Manawę (Lorenzo James Henrie), który z odcinka na odcinek popada w coraz większy obłęd. Obecnie zagraża już najbliższej rodzinie. To swoisty odpowiednik Shane’a Walsha (Jon Bernthal) z The Walking Dead, z którym drużyna Ricka (Andrew Lincoln) musiała zmierzyć się właśnie w drugim sezonie serialu.

Twórcy rozwijają wątek homoseksualnej miłości między Victorem Strandem (Colman Domingo) a Thomasem Abigailem (Dougray Scott), sięgając do romantycznych kwestii i motywów rodem z Romea i Julii. Czarnoskóry kapitan jachtu gotów jest zginąć, gdy jego umierający kochanek przemieni się w żywego trupa, co wyznaje mu w przesadnie nastrojowej scenie. Paradoksalnie aspekt ten wydaje się być najbardziej realnym oraz romantycznym ukazaniem związku na przestrzeni całego serialu.

Na całe szczęście odcinek nie popada w konwencję pseudointelektualnych wywodów o istocie zła i upadku moralności, jak miało to miejsce w poprzednim epizodzie. Pośród obyczajowych aspektów i romantycznych wątków twórcy umieszczają również ciekawą sekwencję batalistyczną pomiędzy głównymi bohaterami a członkami chrześcijańskiej parafii, przeistoczonymi w żywe trupy. Ministranci-zombie to rzadki motyw, który z pewnością zapadnie w pamięci fanom kina gore. Sama scena akcji ukazana zostaje bardzo czytelnie, a operator (Michael McDonough) w końcu nie stosuje w niej (ani w reszcie serialu) drażniącego, rozchwianego stylu kręcenia.

Fanatycy i zombie – te dwa słowa współgrają ze sobą już od wielu lat. Pytanie, czy twórcy Fear the Walking Dead zdołają wydobyć z tego wątku choć krztę innowacji? O tym w następnym odcinku…

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.