RECENZJA: Preacher - odcinek 10 (finał)

Po równie szalonych końcowych epizodach serialu Kaznodzieja, fani serii oczekiwali prawdziwego wstrząsu, który nastąpić miał w finalnym odcinku. Cóż, fajerwerków nie było, lecz poza kilkoma zadziwiająco słabymi motywami, koniec pierwszego sezonu umiejętnie zamyka większość wątków i historii ukazanych w dotychczasowym cyklu.

Cały epizod podzielić można na dwie części – w pierwszej Tulip (Ruth Negga) i Jessie (Dominic Cooper) ostatecznie wracają do siebie, równocześnie mszcząc się na zdrajcy, Carlosie (Desmin Borges), który w trakcie ostatniego skoku na bank wystawił ich policji. Dzięki retrospekcyjnej sekwencji widz cofa się w czasie do niefortunnego dnia napadu – wybuchowa para wygląda, jakby żywcem wyjęto ją z Bonnie i Clyde'a, a dewiza żyć szybko, umierać młodo pasuje tu, jak nigdy. Druga połowa odcinka dotyczy rozmowy z Bogiem, którą Jessie przy pomocy specjalnej aparatury planuje odbyć przed wiernymi ze swojej parafii. W kościele zbierają się zatem wszyscy mieszkańcy Annville, pojawiający się na przestrzeni całego serialu.

Obrazoburcza satyra na wiarę chrześcijańską jeszcze nigdy nie stała w Kaznodziei na równie niebezpiecznie wysokim poziomie. Oczekiwana od kilku odcinków rozmowa telefoniczna ze Stwórcą przesiąknięta jest skrajnym ateizmem, a jej cyniczny wydźwięk oraz nieplanowane konsekwencje niewątpliwie wstrząsną każdym praktykującym widzem. Ujawniona prawda otwiera furtkę do kolejnych sezonów Kaznodziei. Sam serial nareszcie trafia na tory komiksowego pierwowzoru, dorównując mu natężeniem kontrowersji i ironii.

Cały pierwszy sezon Kaznodziei jest wyjątkowo zróżnicowany, balansujący między rewelacyjnymi epizodami, a takimi, po których odbiorcy zwyczajnie nie chciało się już kontynuować historii Jessiego, Tulip i Cassidy’ego (Joseph Gilgun). Podobnie jest z jakością ostatniego odcinka – twórcy wyraźnie przesadzają z natężeniem kontrowersji, a ich dowcip popada niekiedy w mało wysublimowany ton. Im bliżej końca, tym scenarzysta uderza w coraz większy absurd i irracjonalność, a ostateczny los miasteczka Annville to jeden z najbardziej chybionych pomysłów w historii kina. Scenarzysta (Sam Catlin) rekompensuje to na szczęście, kreśląc porywającą retrospekcję przestępczego życia Jessiego i Tulip oraz błyskotliwą scenę dialogu wiernych z ich najwyższym bóstwem.

Choć wiele serialowych bohaterów różni się wizualnie od swojego komiksowego pierwowzoru, to ich postacie napisane zostały perfekcyjnie, a sami aktorzy idealnie wpasowali się w szaloną konwencję serialu. Paradoksalnie najgorzej wypada tytułowy kaznodzieja, którego przesadny fanatyzm i nieuzasadnione wybory życiowe w pewnym momencie wpędzały w ramy antypatycznego protagonisty. Na szczęście w trzech ostatnich epizodach Dominic Cooper wydobywa ze swojej kreacji wszystko to, co najlepsze, a jego postać to jednocześnie wrażliwy romantyk i brutalny twardziel – czy trudno polubić takiego bohatera?

Kaznodzieja pochwycił karabin, a mając na uwagę fakt, że twórcy świetnie wczuli się w konwencję serialu, drugi sezon wizualizuje się jako potężny zastrzyk szaleństwa i ironii. Jessie rusza na misję swojego życia, a w ślad za nim podąża Kowboj aka Święty od morderców (Graham McTavish)! Jedno jest pewne – Niebo zadrży, Ziemia się rozłamie… A Piekło? Lepiej nie wiedzieć…

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.