RECENZJA: Nie ma mowy!

Nie ma mowy!, reklamowany przez polską dystrybucję jako komedia romantyczna, styka ze sobą melancholijny smutek i wyważone szczęście. Choć sama koncepcja i scenariusz wyraźnie nawiązują do typowych amerykańskich love story, to film broni się jako umiejętny wyciskacz łez z delikatnym zabarwieniem humorystycznym. Paradoksalnie najsłabiej wypada w nim wątek miłosny.

Walentynki w wakacje – pod takim hasłem polski dystrybutor zdecydował się reklamować Nie ma mowy!. Cóż, biorąc po uwagę fabułę produkcji zdecydowanie prościej jest mówić o pogrzebie, bowiem to śmierć męża Hannah staje się punktem wyjściowym fabuły filmu. Podobnie jest zresztą z gatunkiem, określonym jako komedia romantyczna. Takie zaszufladkowanie działa bardziej jako wabik publiczności, niż rzetelne określenie rzeczywistego nurtu, w jakim twórcy zdecydowali się osadzić produkcję. Nie ma mowy! daleko do komedii, choć pewien poziom romantyczności faktycznie został zachowany przez twórców. Ostatecznie film staje się melodramatycznym kinem drogi – takiej wewnętrznej, prowadzącej od tragedii poprzez depresję ku radości i szczęściu.

Paradoksalnie w Nie ma mowy! najsłabiej wypada właśnie wątek miłosny. Duża w tym wina Rebecci Hall, której główna rola Hannah jest zbyt przeszarżowana, przez co trudno uwierzyć w rzeczywisty wymiar tragedii tej postaci. W uwiarygodnieniu jej nieszczęścia nie pomaga też motyw kochanka – Curtisa (Joe Manganiello), z którym kobieta ochoczo kopuluje, bo (jak sama stwierdza) jest dobry w łóżku. Scenarzysta, Desiree Van Til , nie radzi sobie w realnym ukazywaniu uczuć sfery wyższej niż przyjaźń. Relacje Andrew (Jason Sudeikis) z Finley (Dianna Agron) są nad wyraz sztuczne, a romans, jaki zachodzi między wspomnianym mężczyzną a Hannah rozwija się bez szczególnych powodów, kolejno odhaczając każdy wymóg zawarty w kliszach amerykańskiego kina romantycznego. W jego ostatecznej konkluzji brakuje tylko barwnej tęczy i świergoczących ptaków (to nie spoiler – wystarczy spojrzeć na polski plakat zdradzający zakończenie filmu).

Cały film wypełniony zostaje specyficzną nierealnością. Scenografia i ubiór bohaterów wyglądają tak, jakby ich projektantom i twórcom za wzór posłużyły popularne zdjęcia z Tumblr’a – brodaci mężczyźni, pokoje nagromadzone licznymi przedmiotami, których na co dzień nie widzi się w zwyczajnych mieszkaniach, sposób, w jaki ubiera się Hannah… W Nie ma mowy! nawet małomiasteczkowa księgarnia wygląda, jakby zaraz miałaby się stać miejscem sceny z XIX-wiecznego spektaklu. Ten wyidealizowany styl kontrastuje z prześmiewczym sposobem, w którym scenarzysta stara się ukazać prowincjonalnych mieszkańców północno-amerykańskiego miasta Maine. Dla twórców wszystko to, co wiąże się z małomiasteczkowością oraz naturą definiuje prostotę i zaniżony intelekt – to ludzie z metropolii pokroju Nowy Jork stają się synekdochą postępu cywilizacyjnego oraz nauki.

W Nie ma mowy! równie tumblrowo wypadają także dialogi. Z ust większości bohaterów raz po raz padają złote myśli, które swoją banalnością i nagromadzeniem zbędnych ozdobników tworzą językowy odpowiednik stylu rokoko. Jedyną postacią, odnajdującą się w sterylnej konwencji filmu jest Andrew. Jego gra zdolnie manipuluje widzem, a sam aktor potrafi równie dobrze bawić, jak i wzruszać publiczność, o czym dały znać na sali Multikina głośne śmiechy oraz zaszklone oczy widzów. Na tym też polega największa zaleta filmu – twórcy w prosty sposób umiejętnie wpływają na emocje odbiorców, wskutek czego można łatwo zapomnieć o banalnej i bajkowej fabule Nie ma mowy!.

Film kuleje też w sferze montażowej, co zdradza, z jak bardzo tanim dziełem ma się do czynienia. Sceny nie kleją się ze sobą, różniąc się ułożeniem przedmiotów czy odmiennymi gestami aktorów (np. Dianna Agron w jednej scenie ma podniesioną rękę, w kolejnej trzyma ją na stole, by chwilę później znów mieć ją w górze).

Nie ma mowy! to poprawny melodramat spełniający swoje zadanie – wzrusza i bawi. Być może to za poważny temat względem zbyt lekkiego tonu przyczynił się do zbyt sterylnej konwencji filmu. Z drugiej strony produkcja stanowi reżyserski debiut Seana Mewshawa – widać, że twórca musi się jeszcze podszkolić w swoim kunszcie. O nadmiarze zachwytów – nie ma mowy! Za to udana randka gwarantowana!

Moja ocena: 4/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.