Recenzja: Boska Florence

Hollywood uwielbia ilustrować filmem wielkie postaci, historyczne życiorysy, w nadmiernie wysokiej tonacji. Ale zdarzają się nienadęte wyjątki, kiedy powstaje dobry film o niedobrych artystach. Boska Florence jest boską propozycją filmową, która prócz odrysowanej od linijki elegancji i kindersztuby narracyjnej, potrafi być czymś więcej, niż dziełem ku pokrzepieniu.

Tytułowa Florence to doświadczona śpiewaczka operowa, która jak wielu artystów, nie potrafi przejść na emeryturę. Żyła na scenie i na niej chce umrzeć. Odebranie jej możliwości występowania wydaje się być tym samym, co poddanie jej eutanazji. Nie brakuje jej serca, brawury, determinacji, zawziętości oraz uroku… ale brakuje jej głosu. Wydawałoby się, że to warunek podstawowy by zapisać jako legenda muzyki operowej. Mylimy się, chodzi o coś więcej. To nie jest laurka dla Florence muzyczki, a Florence jako człowieka.

Ta czarująca wycieczka do lat 40 opowiada nieprosto prawdziwą historię. Wszystko jest tutaj o wiele bardziej skomplikowane, a teatr jednej aktorki, zostaje rozłożony na kilka postaci. W pewnym momencie ukonstytuuje się w tej historii przedziwny trójkąt, w którym będzie wiele wątpliwości, ale nikt im nie odmówi wzajemnego wsparcia i miłości. Do małżeństwa pana St Claira Bayfielda o aparycji arystokraty i naszej śpiewaczki dołącza młody, zdolny pianista Cosme. Z począwszy wierzący w rozwój swojej kariery u boku takiej postaci, słysząc naprawdę jej zdolności głosowe, czuje że utknął w jakiejś absurdalnej sytuacji.To zmowa milczenia, gdzie pieniądze, prestiż i urok potrafią załatać brak walorów artystycznych. Mąż śpiewaczki, w swoim oddaniu i miłości, manipuluje widownią i dziennikarzami tak, by do Florence nie dotarło okrutna prawda – że śpiewać nie umie.

Stephen FrearsStephen Frears proponuje nam ciekawsze zawijasy interpretacyjne, niż wyłącznie gatunek ody do oddania, bezwarunkowej miłości (nawet jeżeli jest nieodwzajemniona) i życia pełną piersią, nawet jeżeli ta nie potrafi wydawać czystych dźwięków. Boska Florence to też podawana pod stołem i ukradkiem refleksja o artyzmie, micie elitarności i sensie jej istnienia. Gdzie postawić znak większości? Czy po stronie śpiewu, który uzyska zachwyt krytyków z New York Post, czy jednak po stronie muzyki pocieszającej i dającej nadzieję młodym chłopakom walczącym na wojnie. Ci pierwsi mają wykształcenie, gust i słuch. Ci drudzy na pewno więcej serca – sztuki dla sztuki, czy misja społeczna? Reżyser subtelnie wysuwa koniuszki palców na jedną stronę, ale umyka zamkniętym wypowiedziom i powtarzając za Bayfieldem (ciężko potraktować to jako przypadek, że słowa wypowiada Hugh Grant) woli afirmować szczęście i radość, niż pogoń za ambicjami i zawodową satysfakcją. Florence staje się trochę Forrestem Gumpem, ale bardziej Ed Woodem sceny operowej i ani jej ani nam w trakcie seansu nie zniknie uśmiech z ust. Może tylko po to, by pojawiła się tam taka prosta łza. Prosta, bo mimo pasji Hollywodu do kucia pomników tutaj jest pięknie i czarująco, ale nie z wyższością czy ignorancją życia wewnętrznego bohaterów.

Boska Florence to filmowe wzięcie w ramiona, podczas którego zupełnie niespodziewane dostajesz na ucho kilka mądrych życiowych prawd, które się nie rymują ani nie nadają na tablicę na twoim facebooku, bo są naprawdę poważne.

Ocena: 7,5 (połówka chyba za nieśmiertelny czar Granta)