RECENZJA: Sausage Party

Wyprawa do sklepu już nigdy nie będzie wyglądała tak samo. Kiedy zadowoleni wybieramy ulubione produkty, one walczą o swoje być albo nie być. Rubaszny humor, stos przekleństw i erotycznych podtekstów wypełniają Sausage party. To zdecydowanie nie jest komedia dla ludzi o słabych nerwach i niskiej tolerancji obrzydliwego żartu.

Parówka Frank i Bułka Brenda są w sobie zakochani. Prawdziwe uczucie oczekuje na spełnienie, ale na pełne zbliżenie oboje muszą trochę poczekać. Najpierw czeka ich walka z śmiercionośnym płynem Douche i zmierzenie się z prawdą na temat Cudu Nieznanego, kiedy raj zamienia się w prawdziwe piekło.

Twórcy Sausage Party zapuszczają się w niezwykle bogatą tematykę. Rozprawiają o wierze, odmienności i konflikcie pomiędzy Palestyńczykami i Żydami. Wszelkie tezy ubierają w humorystyczny kostium i ze zdwojona siłą obnażają wszelkie mechanizmy napędzające ludzkości. W momencie, kiedy prawdziwa rzeczywistość okazuje się trudna do zaakceptowania, pomocne okazują się stworzone przez Bezterminowych rytuały i wierzenia. Życie po opuszczeniu supermarketu ma być pełne nadziei i radości – idealny odpowiednik chrześcijańskiego raju.

Komedia spod skrzydeł Setha Rogena opowiada również o słownym nękaniu odmienności i podkreśla znaczenie pięknego wnętrza i zaradności. Najzabawniej wypada konflikt pomiędzy Bajglem i Lawaszem. Początkowa nienawiść podszyta stereotypowym podejściem zamienia sie w zrozumienie i odkrycie wielu punktów wspólnych w kulturalnym pojmowaniu rzeczywiści.

Sausage Party stara się rozdawać prztyczki wszystkim po równo. Bawi się konwencją animacji i wielokrotnie puszcza oczko do widzenia. Możemy zobaczyć wariacje na temat westernu, filmu wojennego, horroru czy kina kumpelskiego. Cieszy fakt, że sami twórcy mają do siebie ogromny dystans, co przekłada się na ekranową lekkość. Co więcej zagwarantowano różnorodność bohaterów: mamy reprezentantów Amerykanów, świata arabskiego, Latynosów i Żydów. Do pełni szczęścia zabrakło przedstawiciela Afroamerykanów, a pewna poprawność polityczna zostałbym osiągnięta.

Tymczasem, raczej niewysublimowany, żart wylewa się z ekranu, erotyzm produktów atakuje ze zdwojoną siłą, prowadząc do rozbuchanego finału. To komedia na sterydach, która momentami jest ciężka do przełknięcia, ale w tym tkwi największa siła. Rogen zaproponował jedną z najbardziej absurdalnych, a przy okazji inteligentnych produkcji tego roku.

Moja ocena: 6/10