RECENZJA: Kiedy gasną światła

Kiedy gasną światła jest straszny. To horror czerpiący garściami ze współczesnych wyznaczników kina grozy, umiejętnie wykorzystującym światłocień oraz klimatyczną atmosferę. Całość przyprawi Was o całonocny lęk przed ciemnością – bezsenność gwarantowana!

Debiutujący swoim pierwszym długim metrażem David F. Sandberg już od pierwszych chwil seansu wrzuca widza w świat jumpscarów oraz mrocznych upiorów. Reżyser nie traci czasu na zbędne rozciąganie fabuły filmu, skupiając się na motywie zjawy, żyjącej i poruszającej się jedynie przy zgaszonym świetle. Dzięki brakowi zbędnej obyczajowości osiemdziesięciominutowy horror trzyma w napięciu od samego początku do końca trwania. Świetnie zbudowany klimat oraz liczne udane jumpscary prowokują do kolejnych salw okrzyków i nerwowych chichotów o czym z pewnością przekonała się widownia Multikina.

Scenarzysta, Eric Heisserer, skupia się na najbardziej pierwotnym z ludzkich lęków – traumatycznej fobii przed ciemnością. Diana (Alicia Vela-Bailey), upiór pojawiający się kiedy gasną światła, stanowi uosobienie strachu przed tym, co niepoznane, niedostrzegalne. Sam image zjawy opiera się na braku szczególnych detali – odbiorca widzi jedynie jej zarys, świecące w ciemnościach oczy oraz długie szpony. W jej aparycji wyraźnie dostrzec można wpływ twórczości Jamesa Wana, piastującego stanowisko producenta widowiska. Upiór, mogący stanowić w każdej innej produkcji nieplanowaną parodię horrorowego monstrum, w widowisku Sandberga jest nad wyraz przerażający i groźny.

Kiedy gasną światła działa jako rewelacyjny straszak przez pierwszą połowę filmu, niestety, gdy twórcy zaczynają wyjaśniać genezę Diany produkcja szybko popada w schematy współczesnych ghost story. Szpitale psychiatryczne, tajemnicze badania i eksperymenty – poprzez mierne korzystanie z banalnych klisz kina grozy produkcja nawiązuje do pretensjonalnie mrocznych zakamarków internetowych creepy past. Na szczęście finalna sekwencja trwająca blisko 20 minut na powrót działa jako perfekcyjna kolekcja najlepszych jumpscarów ostatnich lat.

Aktorstwo to aspekt, który często kuleje w produkcjach spod znaku grozy – nie inaczej jest z Kiedy gasną światła. Najgorzej wypada Gabriel Bateman w roli Martina, chłopca usilnie uciekającego przed znerwicowaną matką (Maria Bello) oraz Dianą, przebywającą w jego domu. Choć dziecięcy aktor zaznajomiony jest z kinem grozy (wcześniej zagrał już w Annabelle i Outcast: Opętanie) to jego kreacja nie budzi pożądanej czułości ani nie angażuje odbiorcy. Dobrze wypadają natomiast relacje zawarte między bohaterami filmu – wyraźnie czuć chemię, jaka działa między poszczególnymi postaciami, ich wzajemną zależność oraz troskę. Ostatecznie widz szczerze kibicuje ich walce z upiorem, a losy Rebecci (Teresa Palmer), Breta (Alexander DiPersia), Martina i Sophie nie są mu obojętne.

Największe uznane należy się operatorowi, Marcowi Spicerowi, który po raz kolejny udowadnia, że jest wschodzącym wirtuozem kamery (wcześniej jego pracę podziwiać można było w Szybkich i wściekłych 7). Światłocień filmu stoi omal na najwyższym szczeblu perfekcji – akcja dziejąca się najmroczniejszych ciemnościach jest nad wyraz czytelna, a smugi światła wydają się kroić mrok. Trudno wskazać produkcję, która równie skutecznie korzysta z możliwości, jakie dają zdjęcia kręcone w nocy.

Kiedy gasną światła udowadnia, że w każdym z nas nadal drzemią uśpione lęki z czasów dzieciństwa, a pamiętny upiór z szafy być może przeniósł się tylko pod łóżko…

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.