RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 7

Fear the Walking Dead kończy połowę drugiego sezonu prawdopodobnie najbardziej irracjonalnym zamknięciem poszczególnych wątków. Motywy aspirujące do poważnej i angażującej intrygi potraktowane zostają po macoszemu, podobnie jak profile psychologiczne bohaterów serialu.

Sekta przetrzymująca w piwnicach swojego lokum żywe trupy to prawdopodobnie najłagodniejsi oponenci, z jakimi przyszło się zmierzyć bohaterom uniwersum The Walking Dead. Wrogość Daniela Salazara (Rubén Blades) wobec fanatyków jest zatem niewyjaśniona i służy jedynie jako motor napędowy dla fabuły odcinka. Twórcy wpisują w postać tajemniczego Meksykanina schematy rodem z thrillerów kina klasy B – mężczyzna ma omamy oraz bezpodstawne ataki furii. Jego ostateczny czyn pomaga załodze Abigail, lecz jest równie nietrafiony i niepotrzebny, jak zbędnie ckliwe wizualizacje zmarłej żony (Patricia Reyes Spíndola) nie mające żadnego konkretnego uzasadnienia w fabule odcinka.

Największe zagrożenie dla bohaterów serialu wciąż stanowi nastoletni Chris (Lorenzo James Henrie). Jego zaburzenia spowodowane apokalipsą i powrotem umarłych tłumią już wszelki zdrowy rozsądek chłopca w wyniku czego on sam nie posiada jakichkolwiek ograniczeń – nie boi się nawet zaatakować nożem swojego ojca, Travisa (Cliff Curtis). Jego człowieczeństwo ogranicza się do korzystania jedynie z socjopatycznego instynktu samozachowawczego – zabić lub być zabitym. Nic zatem dziwnego, że w kolejnych epizodach czego go albo resocjalizacja albo śmierć.

Tym razem najbardziej antypatyczną postacią odcinka okazuje się być Nick Clark (Frank Dillane), podziwiający fanatyczną ideologię Celii Flores (Marlene Forte). Jej względnie podniosły światopogląd robi na nastolatku niepokojące wrażenie, co wyjaśnione zostaje banalnym „zagubieniem we współczesnym świecie”. Nick po raz kolejny naciera się krwią i rusza na wędrówkę pośród zombie – twórcy nadmiernie korzystają z tego motywu, który wyraźnie musi podtrzymywać pewien poziom brutalności serialu. Prócz wspomnianego wątku strachu w Fear the Walking Dead jest naprawdę mało – nie przerażają ani zaburzenia psychologiczne poszczególnych postaci serii, ani krwiożercze żywe trupy, krążące po jałowej, meksykańskiej ziemi.

Twórcy wciąż korzystają z ujęć kręconych roztrzęsioną kamerą – to stały błąd cyklu, który powtarza się już od czasów odcinka pilotażowego. To ciekawe, że żaden z producentów nie zwrócił na to szczególnej uwagi, tym bardziej że owy zabieg nie jest chwalony przez ogólnoświatową krytykę, o czym mógł się przekonać m.in. produkcja Bitwa o Ziemię. Mimo to kadry siódmego epizodu stoją wizualnie na wysokim poziomie, a meksykańska prowincja już dawno nie wyglądała równie malowniczo i zachęcająco.

W załodze Abigail dochodzi do schizmy – to ich najważniejszy test spośród dotychczasowych przygód i przeciwności losu. Zagrożenie pochodzące z zewnątrz jest o wiele łagodniejsze i potencjalnie bezpieczniejsze niż wewnętrzny konflikt. Czy wyjdą z tego cało?

Moja ocena: 5/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.