Recenzja: Nastolatki

Kino cały czas podejmuje się opowiadania o dziecku, rzadko jednak wykracza poza spojrzenie dorosłego, a co za tym idzie – infantylizuje i upraszcza konstrukcję wewnętrzną młodego człowieka. Kolejną próbą opowiedzenia o inicjacji są niewinne brzmiące Nastolatki Alexandry-Theresy Keining. Udaje jej się, nie podpinać mózgu dziewczęcego pod maszynę do popcornu, czy krzywdząco redukować świat nastolatek do pierwszy chłopaków i okresów. Z zapowiadającej się na Stowarzyszenie wędrujących dżinsów historii z elementami fantasy, tworzy się krzepka i prze-szczera historia o straceńczych poszukiwaniach tożsamości.

Trzy zżyte ze sobą szalenie przyjaciółki, są często źródłem niewybrednych żartów i kpin ze strony środowiska. To czas, kiedy hormony szaleją i nie zawsze wiedzą jak w sposób cywilizowany, niekrzywdzący nikogo, znaleźć ujście. Historia zaczyna się bardzo niepozornie i niebezpiecznie skręca w stronę jakiegoś pamiętnika młodych czarownic. Dziewczyny znajdują kwiat, który posiada magiczną moc zmiany płci. Są chłopakami dopóki nie zasną.

Brzmi bardzo ryzykownie, prawda? Jednak reżyserce udaje się wymanewrować z czarodziejek z księżyca i zasiać coś więcej, niż nasiona magicznego kwiatka, a inwazyjną refleksję o świadomości samej siebie. Tutaj rozgrywka odbywa się na wyższym szczeblu, niż hormony. Jednak z naszych bohaterek – Kim – zamieniając się w chłopaka czerpie z tego coś więcej niż chwilę zabawy i niezobowiązującej przygody. Potencjalnie kuriozalny pomysł z magicznym kwiatem wpisanym w fabułę, która miała pełne prawa być Gusem Van Santem, ostatecznie staje się poważną i intymną konfrontacją dziewczyny z uświadomieniem sobie ważnej rzeczy. Kiedy mówi, że czuje się jak zapięta na suwak, to nie chodzi jej o naturalną próbę określenia w hierarchii znajomych. Zdobywanie kolejnych baz jest sprawą drugorzędną – Kim czuje, że powinna urodzić się mężczyzną. Czuje się skonfliktowana ze swoim kobiecym ciałem. Reżyserce udaje się zachować doskonały balans i nie próbujemy tego filtrować przez kaprys młodej damy. Nasza bohaterka powinna być bohaterem.

W tak niewinnej historii poruszany jest bardzo po szwedzku, bo bez pruderyjności czy ingerencji uniformizacji albo dorosłych (słusznie brak ich w tej historii, bo to jest jej dramat i osobiste odkrywanie prawdy o sobie) pytanie o płeć nadaną – biologiczną – a tą umysłową, kulturową.

Reżyserka czarując enigmatyczną, magiczną, ale bez brokatu, a różnymi odcieniami mroku, eksplorując kamerą dzikie rośliny i pnącza, idealnie symbolizuje wcale nie rajskie ogrody okresu dojrzewania. To nie jest ciepła historia w rytmie szkoły złamanych serc, a poważna rozprawa o zespole dezaprobaty płci. Mimo, że czasami zbyt ckliwa i narysowana, ekstatyczna, to widoczne zapotrzebowanie reżyserki na estetyzacje i poetycki obraz, znajduje swoje uzasadnienie w historii, a nie jest bałwochwalczym wybrykiem zamieniającym film w teledysk.

Nastolatki zaczynają i kończą swoją pretensjonalność na tytule. Niektóre sekwencje, jak gdyby wyreżyserowane przez twórców teledysków samej Bjork czy Fever Ray tworzą muzyczną, ale przede wszystkim filmową impresję o płciowości. To witalna i pełna esencji historia, gdzie niedogadywanie się z ludźmi staje się sprawą marginalną, w obliczu braku porozumienia i kontaktu z własnym ciałem i umysłem. Turnusy, pierwsze pocałunki i skoki na bombę do jeziora to tylko fragment w życiu młodego człowieka. Nie zawsze warto celebrować młodość i zamiast zazdrościć młodej twarzy, przyjrzeć się bliżej, jak Alexandra-Therese Keining i dostrzec w niej ogromny strach i niepewność. Młodość i dojrzewania to poważna sprawa. Dorastanie dzieci to często nie sprawa dla dzieci.

Ocena:7/10