RECENZJA: Ben-Hur

Czy ta opowieść wymaga patosu? Mamy braterstwo, zdradzę, ambicję, władzę, zemstę i przebaczenie w rozrastającym się Imperium Rzymskim. Widzimy Chrystusa, który naucza i niesie swój krzyż. Eksplorujemy wiarę, nadzieję i miłość. Odrobina podniosłego nastroju w tej idealistycznej przypowieści o pojednaniu nie powinna nikogo zgorszyć. W końcu taki jest sens Ben-Hura. Timur Bekmambetov wziął sobie do serca niesamowite przesłanie i stworzył film niezwykle nadęty, trudny do zniesienia.

Juda Ben-Hur (Jack Huston) jest żydowskim księciem. Jego ród opływa w bogactwach, więc może pozwolić sobie na ekstrawagancję i rozmach, ale pozostaje przy tym prawy i sprawiedliwy. Do jego rodziny należy Messala Severus (Toby Kebbell). Rzymianin, sierota, przygarnięty na wychowanie. Pomimo różnic w wierze i wyznawanych bogach, mężczyźni są jak bracia. Tworzą zgrany i nierozerwalny duet. Do czasu aż Messala wyrusza w daleką podróż, zaciąga się do armii i przyczynia się do tworzenia coraz większego imperium Rzymian. Ich drogi się rozchodzą. Pojawia się konflikt interesów, a wszędzie tam gdzie idzie o władzę, ambicje przejmują kontrolę nad rozsądkiem. Juda z księcia staje się niewolnikiem, który wkrótce będzie walczył o swoje dobre imię. A przy okazji stanie się symbolem uciśnionego narodu żydowskiego.

Ben-Hur tonie na mieliznach scenariuszowego patosu. Aktorzy z natchnieniem wygłaszają swoje kwestie, grają z płaską manierą braku emocji, przez co stają się zupełnie przeźroczyści. Waleczny Juda zbyt nachalnie porównywany jest do Jezusa, a Messala z mroczną przekorą kroczku u boku Piłata. Kobiety u Bekmambetova standardowo kochają i cierpią, a Morgan Freeman ponownie zagrywa się w roli wszechwiedzącego boga. Tonem mędrca opowiada o prawdzie i kłamstwie, życiu na pustyni i walkach rydwanów. W ostatecznym starciu, pomiędzy braćmi, dopinguje swego podopiecznego niczym natchniony trener. Ma się wrażenie, że aż sam nie dowierza w to, co się dzieje wokół niego.

Trudno w filmie reżysera Abrahama Lincolna: Łowcy wampirów znaleźć jakieś pozytywne strony. Zbyt długa ekspozycja, zmarnowane aktorskie talenty (choćby Pilou Asbæk jako dumnie wyprostowany Poncjusz Piłat) czy nachalna symbolika. To wszystko sprawia, że współczesny Ben-Hur ze wstydem powinien schylić głowę przed filmem Williama Wylera. Stajemy się świadkami nieznośnego spektaklu. A zupełnie niewiarygodny koniec pieczętuje porażkę remake’a. Po epickim wyścigu rydwanów, powinna spaść zasłona milczenia.

Moja ocena: 3/10