RECENZJA: Wicedyrektorzy - odcinki 1-5

Mizoginizm, rasizm, szowinizm narodowy, popadanie w skrajne stereotypy, brak poszanowania ludzi starszych, fałsz, zakłamanie, obłuda, gburowatość, homofobia, destruktywność, mizoandria – to tylko nieliczne określenia pejoratywne stające się esencją dowcipu dla twórców (pseudo)komediowego serialu Wicedyrektorzy.

HBO po raz pierwszy zawodzi na całej linii, emitując jedną z najgorszy produkcji tego roku. Wicedyrektorzy bazuje na schemacie sitcomowych i animowanych seriali, których fabuła opiera się bezpośrednio na życiu szkoły, z tą jednak różnicą, że tym razem głównymi bohaterami nie są uczniowie, lecz ich skrajnie antypatyczni wychowawcy. Zamiast sarkastycznego ujęcia konfliktu między gronem nauczycielskim a ich podopiecznymi, reżyser i scenarzysta większości epizodów, Jody Hill, skupia się na plejadzie najbardziej demotywujących postaci z problemami w sferze prywatnej i zawodowej.

Humor serialu oparty zostaje na wzajemnej zawiści i nienawiści poszczególnych postaci względem siebie, a główni bohaterzy to istne skupisko najbardziej żenujących ludzkich cech i zachowań. Dla przykładu sarkastyczną sekwencją w pojęciu twórców staje się zawarta w drugim epizodzie destrukcja domu nowej dyrektorki szkoły (Kimberly Hebert Gregory), gdyż tym sposobem wicedyrektorzy chcą wyrazić swoją niechęć wobec lokalnej żelaznej damy. Wszelkie pozytywne wartości trafiają do rynsztoka, a miłość opiera się jedynie na seksie, który najpierw trzeba omówić za pomocą serii obślizgłych tekstów erotycznych. W Wicedyrektorach pojawia się dosłownie tylko jedna bohaterka, wyróżniająca się krztą przyzwoitości i jest nią Amanda Snodgrass (Georgia King).

Choć tytuł serialu podkreśla, że w głównych rolach występuje co najmniej dwóch bohaterów, to i tak pierwsze skrzypce produkcji gra Neal Gamby (Danny McBride odpowiedzialny/winny również za scenariusz) – gbur, szkolny terrorysta i dyktator nie radzący sobie w życiu prywatnym. Jego chwilowym kompanem w walce o stanowisko dyrektora szkoły staje się drugi wicedyrektor, Lee Russell (Walton Goggins), którego ubiór i amplua bezpodstawnie opiera się na skrajnie przejaskrawionych cechach homoseksualnych (sam bohater posiada żonę, Azjatkę, co z miejsca prowokuje serię rasistowskich żartów pod jej adresem). Komediowy duet działa toksycznie na otaczających ich bliskich i przyjaciół, jak również na samych widzów serialu.

Na całe szczęście odcinki Wicedyrektorów trwają jedynie 30 minut. Każdy epizod opowiada autonomiczną historię, jednak oglądane chronologicznie posiadają też rozwijające się wątki. Aby w pełni zrozumieć wszystkie motywy i relacje między postaciami, serial należy oglądać po kolei.

Ostatecznie Wicedyrektorzy zamiast poprawiać nastrój swoją komediową konwencją wstrzykują cierpki, demotywujący jad. Uśmiech gaśnie aż do następnego dnia; stan przeddepresyjny gwarantowany.

Moja ocena: 2/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.