Recenzja: Jak zostać kotem

Jak zostać kotem to podręcznikowy przykład "Jak zostać filmem nijakim". To nawet nie jest produkcja nieudana, bo są wszystkie zaplanowane fundamenty do historii dla mniejszego i większego. Film jednak stanął w rozkroku, zaliczając szpagat i doprowadzając do sytuacji że dla młodego widza będzie za mało dynamiczny i okrzesany, a dla dorosłego zbyt prostolinijny.

Wielki rekin nieruchomości w Los Angeles grany przez szykownego, nierozstającego się chyba już z garniturem Kevina Spaceyego, ma większą potrzebę posiadania najwyższego budynku w całym Nowym Jorku, niż zobaczenie własnej rodziny. Jako typowy karierowicz zapomina o wszystkich ważnych rocznicach, ale nigdy o spotkaniach biznesowych. Szybko zrozumiemy z kim mamy do czynienia. Kino uwielbia dawać po łapach takim postaciom, a potem dawać szansę na zaktualizowanie swojego życia i zreflektowanie się. Tutaj ta okazja na konfrontacje bohatera ze swoimi błędami jest dosyć nietypowa – z powodu wypadku – utknął w kocie, którego miał podarować na urodziny swojej córce.

Jego ciało leży w śpiączce, a on próbuje niczym bohater Uwierz w ducha udowodnić swojej rodzinie, w której nie jest już głową, a nowym sierściuchem, że to on – Tom. Wydawałoby się, że właśnie w tym momencie filmu powinien zaczynać się multiinstrumentalny festiwal slapsticku, absurdu, komedii i rozczulających momentów – wszystko to co kino potrafi wykrzesać z motywu uczłowieczania zwierzęcia (lub zwierzęcenia człowieka w tym przypadku). Niestety historia utknęła i tak jak można jej wybaczyć klisze, to brak wyobraźni w tym rodzaju produkcji jest grzechem ciężkim – śmiertelnym wręcz.

Jak zostać kotem to plastikowa propozycja, która częściej chce być śmieszna, niż jest. Kiedy zaskoczy jakiś żart i przyjmiemy go z entuzjazmem, za chwilę pojawia się żenująca scena, gdzie kotu daleko do charakterku Garfielda, czy kilku innych kultowych postaci zwierzęcych w kinematografii. Zamiast dowiedzieć się, czy ten film ma duszę, dowiadujemy się jaki dyskomfort można czuć słuchając Tomasza Kota w roli kota – zabieg czysto PR-owy na jakość filmu nie wpływa korzystnie – mimo że głos aktora wiele razy robił show.

Film wygląda jak chaotyczna, ale bogata robota, gdzie było więcej sponsorów niż wizjonerów. Humor jest mocno poza sezonem lub jest zbyt głośno zapowiadany. Jak zostać kotem nie daje rady wspiąć się na podium filmów z gatunku kina familijnego. Większość amatorskich twórców na youtube, nagrywających te śmieszne filmy ze zwierzętami, na których oglądanie każdy z nas poświęcił ZA DUŻO czasu, bardziej się zaangażowało w film, niż Barry Sonnenfeld. Niestety – kreatywność i Jak zostać kotem odwiedziły dwa oddalone od siebie lokale, a każdego z nas ściągnięto do tego drugiego.

Ocena: 3/10