RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 8

Początek drugiej połowy bieżącego sezonu Fear the Walking Dead zaskakuje. To prawdopodobnie najgorszy odcinek pod względem oczekiwań, jaki stacja AMC kiedykolwiek wyprodukowała, a przy tym autodestrukcyjny cios w stronę umiejętności twórców.

Ósmy epizod Fear the Walking Dead to przez większość czasu ekranowego solowy występ Franka Dillane'a – popis uwypuklający brak umiejętności aktorskich młodzieńca oraz drażniące usposobienie wykreowanej przez niego postaci. Sam odcinek aspiruje do 45-minutowego kina drogi z tą tylko różnicą, że marsz Nicka Clarka w żaden sposób nie wpływa na jego charakter ani osobowość. To marna podróż z kiepskimi przygodami, w której główny bohater przemieszcza się po prostu z punktu A do punktu B.

Fabuła ósmego odcinka jest równie jałowa, jak meksykańskie stepy służące za tło dla rozgrywającej się historii. Survivalowa konwencja klasycznych filmów przygodowych śmiało konkurować może ze Szkołą przetrwania Beara Gryllsa. Nick Clark, aby przetrwać podejmuje prawdopodobnie najgorsze decyzje w historii serialu, począwszy od marszu pośród zombie w trakcie ich ostrzału przez nieznanych antagonistów, na pożeraniu szczątków psa skończywszy. Tym bardziej, że postać ta nadal przesiąknięta jest ideologicznymi doktrynami sekty zakazującymi zabijania żywych trupów, co jeszcze bardziej podkeśla kreowaną na siłę fatalną sytuację Nicka. Brak jakiejkolwiek logiki, z której obdarta została oczekiwana od połowy roku przez amerykańskich widzów kontynuacja drugiego sezonu Fear the Walking Dead wskazuje, że scenarzystka, Kate Barnow, w żaden sposób nie potrafi odnaleźć się w konwencji postapokaliptycznego świata opanowanego przez hordy żywych trupów.

Równie bezowocne są też retrospekcje Nicka, poszerzające jego historię jedynie o fakt związany ze śmiercią biologicznego ojca. Prócz tego trzy sekwencje wspomnień nie wnoszą dosłownie nic w ewolucję postaci, nie zmieniają jego postępowania ani nie tłumaczą podjętych decyzji. Utwierdzają jednak w przekonaniu, że mimo starań twórców na wydobycie z byłego narkomana empatycznych cech. Ten natomiast wywołuje w widzu niebezpieczną zapaść antypatii.

Operator odcinka stara się uatrakcyjnić podróż Nicka, kadrując jego podróż po pustynnych stepach z dużym poziomem artyzmu i flegmatycznej krajobrazowości. Problem w tym, że podobne ujęcia można współcześnie oglądać na niejednym amatorskim blogu podróżniczym, a schematyczne kadry tylko potęgują bijącą z ekranu nudę.

Po seansie ósmego odcinka Fear the Walking Dead śmiało można odnieść wrażenie, że studio AMC nie zdążyło nagrać dostatecznej ilości epizodów i historia, która miała stać się jedynie pojedynczym wątkiem w planowanej serii, ostatecznie skończyła jako autonomiczny rozdział całego cyklu. Stąd wynika brak pozostałych postaci i liczne dłużyzny, po raz kolejny odstraszające widzów serialu. Oby tylko twórcy zdążyli na czas z kolejnym epizodem…

Moja ocena: 3/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.