Recenzja: GALUMPHING

Kto z nas nie słyszał o super-bohaterach wygrywających z konsumpcjonizmem jednym ruchem? Ekstatycznie rzucają pracę, zmieniają drogie pantofle, na tanie klapeczki, a siedzenie za biurkiem w imię nieznanych nikomu bliżej idei, na siedzenie na plaży? Na razie nie zdobyło to swojego terminu ani żadne biuro podróży nie doczepiło się ze swoją firmą, proponując coś w rodzaju "last breath". Tym się różni skromny, ale cierpliwy i kontemplacyjny dokument GALUMPHING od takich eksperymentów, których oczywiście szczerości nikt nie odmawia. Danna nie ma dramatycznej historii, a konsekwencje i opór w opozycji do wszystkiego co proponuje nam współczesność. Co różni ten dokument od wielu podglądaczy freaków? Kamila Józefowicz nie myśli o bohaterce jak o ekscentryczce, a o pulsującej realizatorce pojęcia GALUMPHING.

Galumphing to pojęcie po raz pierwszy użyte przez Lewisa Carolla w powieście "Po drugiej stornie lustra". "Galumphing to zdawałoby się bezużyteczna ornamentacja czynności. Jest to coś nadmiernego, przesadnego, nieekonomicznego. Galumphujemy, kiedy biegniemy w podskokach, zamiast iść, Kiedy wybieramy piękną drogę, zamiast tej bardziej wydajnej, Kiedy gramy w grę, której reguły wymagają ograniczenia naszych mocy, Kiedy bardziej interesuje nas sam proces, niż zakończenie. Dobrowolnie stwarzamy sobie przeszkody na naszych ścieżkach, a następnie dobrze się bawimy pokonując je."

Reżyserka bez fanatyzmu pozwala rzeczywistości Danny wypowiedzieć się za nią samą – a nasza malarka bywa narratorką. Dokument jest paralelny z bohaterką – rytmiczny, niewymądrzający się, niewykoncypowany, bez nadęcia. Nikt nie forsuje tutaj żadnej ideologii, czy krzyczy z mównicy o złym świecie. Danna robiąc naprawdę niepozorne rzeczy, robi szach-mat systemowi wytwarzając olej kokosowy, czy podlewając sadzonki. Kontestacja nie musi mieć charyzmy, elokwencji i rozmachu rewolucjonistów, a być skuteczna.

Galmuphing nie popisuje się żadnym new age, a z cierpliwością i transowo – medytacyjnym tempem pokazuje nam bohaterkę, która żyje w tak pustym fizycznie miejscu. Jednak tej pustki w jej życiu, czy dokumencie nie ma ani przez chwilę. Słowom, które wychodzą z jej ust bliżej do filozofii w wersji testowej, refleksji zakładającej spory margines błędu i znaki przystankowe, niż postulatów, czy reklamy produktu – z nami będziesz szczęśliwy bez produktów.

Tutaj właśnie tkwi czarująca witalność, niezainscenizowana naturalność i sukces reżyserki – prowadzi narrację w idealnej synchronizacji z bohaterką. Danna maluje portrety intuicyjnie, z ciekawości, a nie mając jakiekolwiek wytycznych, czy determinantów. Takimi samymi powódkami zdaje się kierować twórczyni Galumphing. Szczerze, bezkompromisowo, bez nazywania swojego stylu pływackiego nurkuje w świecie, w którym niby nic się nie dzieje – a widz wpatruje się z większością ciekawością niż w fantasy. Danna w pewnym momencie mówi – rzeczywistość jest trudna i udowadnia, że jej decyzja nie jest pójściem na skróty, czy unikiem. To dokument o szalonej miłości – człowieka do życia, nie do stylu życia!!!

Ocena: 7/10