RECENZJA: Batman: Zabójczy żart

Zabójczy żart to prawdopodobnie najpopularniejszy komiks o superbohaterach, a przy tym jedna z najważniejszych pozycji na popkulturowej scenie powieści graficznych. Nic zatem dziwnego, że jej ekranowa adaptacja z miejsca stała się najbardziej oczekiwaną animacją DC Comics. Cóż, rywal Marvela po raz kolejny udowodnił, iż nikt tak jak on potrafi zniechęcać fanów do marki Człowieka-nietoperza i jemu pokrewnych herosów.

Fabuła animowanego Zabójczego żartu nie jest dosłowną adaptacją komiksu, a raczej nie jest nią do pewnego momentu. Pierwsza połowa filmu skupia się na postaci Batgirl, analizując ciekawe zagadnienie seksualnej strony kobiet przywdziewających strój superbohatera. Barbara Gordon staje się przedmiotem pożądanie nie tylko przestępców, z którymi walczy, lecz również samych herosów. Poprzez charakterystyczne wyeksponowanie jej kobiecych kształtów i nagminne zbliżenia miejsc intymnych twórcy prowokują, by sam widz uległ fascynacji jej kobiecością.

Ciekawe jest samo przedstawienie postaci Batgirl, dotąd pomijanej we wszelkich filmowych adaptacjach czy animowanych serialach (o arcyzłym Batmanie i Robinie nie wspominając). Twórcy skupiają się zarówno na jej ludzkiej, jak i tej zamaskowanej stronie osobowości – w dzień dziewczyna jest przeciętną dwudziestoparolatką, rozmawiającą o swoich łóżkowych problemach, pomagającą przy tym ojcu w szpiegowaniu przestępców. Nocami Barbara stanowi rewelacyjne dopełnienie postaci Batmana, a jej charakter, osobowość i styl walki stanowi skrajną opozycję wobec brutalnego Człowieka-nietoperza. Niestety, poza ciekawym rozwinięciem wątku Batgirl, cały motyw zbudowany zostaje wokół fatalnej fabuły, w żaden sposób nie łączącej się z późniejszymi wydarzeniami, a sam antagonista to najmniej groźny i skrajnie nieciekawy złoczyńca, z jakim przyszło walczyć Mrocznemu rycerzowi.

Druga połowa filmu to dosłowne przeniesienie komiksowych kadrów na język kina. Z tą różnicą, że o ile powieść graficzna namalowana została charakterystyczną kreską Briana Bollanda, tak animowany Zabójczy żart to prawdopodobnie najsłabsza graficznie historia, jaka kiedykolwiek powstała ze wzajemnej kooperacji DC Comics i Warner Bros. Animation. Jałowe i sterylne rysunki odbierają postaciom wszelkie emocje, a brak dosadnych detali tym bardziej odrealnia zarówno tragedię ukazanych bohaterów, jak i napięcie, którego stanowczo zabrakło w tak ponurej i poważnej historii. W Zabójczym żarcie wizualnie kuleją nawet pojedynki, dotąd stojące na piedestale animowanych rozrób i bójek.

Na szczęście weteranowi adaptacji komiksów, Samowi Liu, udaje się wyciągnąć psychologiczną esencję Zabójczego żartu, jaką zawarł w swoim największym dziele Alan Moore. Film to wnikliwe studium zależności Jokera od Batmana, paradoksalnie przyrównujące do siebie obu bohaterów. Twórcy stawiają ciekawą tezę, opartą na podobnym problemie obu tych postaci – ich załamaniu psychicznym wpływającym na późniejszą socjopatię. Powierzchowna filozofia spowita w fatalne rysunki, nadal bazuje na problematyce jednego złego dnia – z retrospekcji dowiadujemy się, że tylko tyle potrzeba było, aby nemezis Mrocznego rycerza z depresyjnego komika przekształcił się w najgroźniejszego socjopatę Gotham City. Tyle też potrzebował Batman, by na zawsze przyodziać strój mściciela. Nietoperz i Klaun w gruncie rzeczy są tacy sami – stoją tylko po różnych stronach barykady.

Rewelacyjnie słucha się cytatów z kultowego komiksu, dubbingowanego przez najlepsze animowane wcielenie Jokera – Marka Hamilla. Aktor zdolnie balansuje między szaleństwem postaci złoczyńcy, jego inteligencją i powagą. Równie dobrze wypada pełnoetatowy, głęboki głos Bruce’a Wayne – Kevin Conroy. Dla popisu obu performerów Zabójczy żart warto oglądać w amerykańskim oryginale.

Mimo inteligentnej myśli przewodniej, kinowy Zabójczy żart cierpi głównie przez swoją dwuczłonową historię, która w niewielkim stopniu wpływa na pełny wydźwięk całego filmu i prowokuje nieudolny suspens. W zasadzie pierwsza połowa sprawia, że widz skupia się na zupełnie innym wątku, niż główna problematyka produkcji. Innym błędem twórców jest brak konwencji – Sam Liu stawia za bardzo na estetykę minionych animacji (np. Batman: Mroczne czasy), z drugiej strony próbuje nadążyć za brutalną manierą Moore'a i Bollanda, o czym świadczy kategoria wiekowa R. Efekt wypada źle, a główną winę ponosi za to najważniejszy element animacji – okropna kreska i niedokładne rysunki.

Efekt końcowy filmu stanowi pogwałcenie świętości licznych miłośników komiksu, a samą adaptację śmiało porównać można do amerykańskich remaków japońskich horrorów – niby historia ta sama, lecz klimat gdzieś uleciał…

Moja ocena: 5/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.