RECENZJA: Czerwony Kapitan

Richard Krauz ma twarz Macieja Stuhra i dobrze mu z tym. Choć polski aktor dubbinguje sam siebie (co wypada nieco groteskowo), Czerwony Kapitan wypada całkiem nieźle jako kino kryminalne i polityczne. Michal Kollar tworzy duszną atmosferę rozpadu i rozliczeniowych czasów, kiedy już czuć powiew nowych ideałów, ale przeszłość kurczowo trzyma się swoich przyzwyczajeń. Policyjne śledztwo, walka z czasem i teczkami UB składają się na wciągającą intrygę, która potrafi trzymać w napięciu.

Czerwony Kapitan to dobry przykład poprawnego aktorstwa, genialnych zdjęć przy przeciętnej reżyserii. Krauz to idealistyczna postać, która pragnie prawdzie oddać sprawiedliwość, narażając przy tym swoje życie i balansując na granicy ryzyka. Wiedziony instynktem i umiejętnościami dochodzenia swoich racji, postanawia odkryć powody zamordowania jednego z duchownych. Przypadkowo odkryte ciało, gwóźdź w głowie i igły pod paznokciami przywodzą policjantowi na myśl działania Urzędu Bezpieczeństwa. Będzie niebezpiecznie, ale w europejskim stylu bez efektownych pościgów (będą tylko dwa) i strzelanin. Krauzowi daleko do Bonda, dzięki czemu staje się bardziej ludzki.

U Kollara na pierwszym planie pojawia się wątek polityczno-historyczny. Akcja rozgrywa się dość nieśpiesznie, opierając się na zbieraniu informacji i przepytywaniu świadków. Wszystko to w słowackiej postpeerlowskiej atmosferze zdjęć Kacpra Fertacza. Stonowana i nieco zgniła kolorystyka buduje ponury nastrój, który dobrze współgra z kryminalną tematyką. Twórcom jednak daleko do skandynawskiego dreszczu emocji, a bliżej do wyważonego dramatu.

W filmie króluje czarny humor, zmęczone twarze i przerażające wizerunki dawnych agentów Urzędu Bezpieczeństwa, ale przede wszystkim Maciej Stuhr. Jako nieustraszony agent biega z bronią, nie idzie na kompromisy i walczy o swoje racje. Zatopiony w papierosowym dumie i oparach alkoholu z problemami w domu nie jest papierową postacią bez realistycznego sznytu.

Kollar przedstawia ciekawy debiut, choć nadmiar wątków i skróty fabularne nie pozwalają uznać Czerwonego Kapitana za kino spełnione. Rozwiązanie zagadki nie otrzymuje należytej ekspozycji, ale film broni się klimatem i aktorskim dopasowaniem. Nie ma porażki, a jedynie poprawne opowiadanie o herosach z czasów przełomu.

Moja ocena: 6/10