RECENZJA: O matko! Umrę...

Filmów, które polemizują z męskością eksponowaną na okładkach magazynów i w reklamach bielizny nigdy zbyt wiele. Trzeba mieć jaja żeby opowiedzieć o sytuacjach, kiedy ich brak. O Matko! Umrę… w ponury i gorzki sposób, ale bez pośpiechu, czy furii bierze się za mit męskości oraz niedocenianą rolę kobiecą od czasów biblijnych. Produkcja nie zawsze radzi sobie ze swoją osobliwością i ekscentryzmem, ale długimi chwilami widzimy doskonałą narrację z filmów Adama Elliota.

Siedzimy po uszy w świecie 37-letniego Michela. Nawet czarno-biały obraz zbliża nas do jego codziennej percepcji rzeczywistości. Żyje w kliszach i powtórzeniach, a jedynym urozmaiceniem zdaje się być kolejna urojona choroba, strach przed śmiercią swoją lub nadużywającej go matki. Razem piją wino musujące, on podnosi ją z wanny, jednak jego na duchu nikt ani nic. Żyje śmiercią i myślą o niej.

To historia o bohaterze uwikłanym w swoje lęki, które odziedziczył po matce. Nie jest zdolny odciąć do niej pępowiny, więc o pozbyciu się paranoi również nie ma mowy. Jego bezsilność jest odczuwalna przez widza wręcz fizycznie i budowana zrezygnowaną narracją z offu oraz klaustrofobicznymi, pełnymi statyczności kadrami. Mamy bohatera wytartego, ale nie tymczasowo. Nie ma w jego życiu sinusoidy, a jedna prosta linia – długość dźwięku samotności – o której nieustannie rozmyśla.

O Matko! Umrę… to też raz lepiej, raz gorzej rozegrana w akompaniamencie humoru sytuacyjnego aria o męskich antagonizmach. Mężczyźni w szatni nie prężą muskułów, a badają czy nie mają raka piersi. Również dominującymi jednostkami w życiu bohaterów są kobiety. Jedna – matka – manipuluje nim poprzez symulowanie różnych przypadłości, druga to jego dziewczyna – specyficzna i charyzmatyczna malarka. Żadna z nich, mimo że jedna nie wierzy że jeszcze pożyje, a druga osiągnie coś wielkiego, wydzielają więcej testosteronu, niż nasz Michel. On jest bezradny i nie odpowiada na żadne pytanie zadane przez życie, a rola mężczyzny wydaje się mu być narzucona. Pojawia się też tutaj nieprzypadkowo igraszka z kompleksem Edypa, którego nosicielem jest ewidentnie nasz bohater. Stąd też gra symboliką religijną. Bohater uważa się przez cały film za Chrystusa i niewygodnie mu w tej roli – jednak się okazuje, że czuje się spełniony myśląc o sobie bardziej, jako o Matce Boskiej.

Michel trawi strach i niepewność, a nie rak. Co zaskakujące, te wypalenie życiem od jego początku i tworzenie depresyjnej tezy, że egzystencja to powikłanie następujące przy porodzie, pojawia się w kinie belgijsko – francuskim, a nie szwedzkim czy czeskim. Czasami jest zbyt dziwnie, niespójnie, a reżyser traci rytm swoimi wybrykami artystycznymi i proponowanymi alegoriami. Finalnie, jednak wygrywa na punkty z wszelkimi wyjściami za linię, bo nie bawi się w demiurga. Jest osobisty, ale nie w kategoriach trenera, a człowieka. O matko! Umrę… jest smutne i przyznaje się, że nie potrafi odpowiedzieć na pytanie dlaczego i nie umie nic z tym zrobić.

Ocena: 6,5/10