RECENZJA: Kamienne pięści

Wadą filmu Jonathana Jakubowicza jest wejście w schemat już całkiem mocno wyeksploatowanego kina sportowego skupiającego się na wzlocie i upadku boksera. Kamienne pięści sięgają po historię Roberto Durana panamskiego pięściarza, który wdarł się na szczyt, zdobył mistrzostwo i przywrócił wiarę w etos bokserskich zawodów. Choć losy mężczyzny i jego zmagania z własnym ego, dumą i temperamentem zasługują na uwagę, produkcja nie różni się niczym szczególnym od filmów pokroju Rocky, Creed: Narodziny legendy czy Do utraty sił.

Kamiennym pięściom brak rozmachu, mocnej rytmiki i szokującej akcji. Filmowej opowieści bliżej do dramatu jednostki, która z niesamowitej biedy wyrwała się do lepszego świata. Niewykształcone dziecko ulicy pięściami torowało sobie drogę przez życie. Upartość i determinacja zaprowadziły Durana (Edgar Ramirez) na treningi, a niewątpliwy urok osobisty pomagał mu tuszować niedostatki edukacyjne. Typ macho doskonale odnalazł się w próbie siły fizycznej, ale nie zawsze wychodził zwycięsko z psychologicznych utarczek. Jakubowicz pokazuje człowieka uwikłanego w swoją przeszłość oraz historię kraju, który – tak jak i on – walczy o wolność i swoje prawa.

Reżyser rysuje szeroki kontekst, nie pomija historycznych wydarzeń – walki o Kanał Panamski między Panamą a Stanami Zjednoczonymi, ale zdarza się mu wrzucać zbędne informacje nieznajdujące rozwinięcia i przestrzeni do wybrzmienia. Czasami wenezuelski twórca uderza w melancholijne nuty, pokazuje zbitkę montażową obliczoną na rozczulenie widza. Nie można mu mieć tego za złe, patrząc na Durana, który po porażce odradza się jak feniks z popiołów. Staje się ucieleśnieniem mitu od zera do milionera, choć nie tylko on jest autorem własnego sukcesu. Wiele zawdzięcza trenerowi Rayowi Arcelowi (Robert De Niro) i pełnej temperamentu żonie (Ana de Armas).

Film nie tonie w sentymentach i kliszach, co plasuje go na lepszej pozycji niż nadętą opowieść Antoine Fuqua. Choć Jake Gyllenhaal zachwycał umięśnieniem i bokserską techniką, w dużej mierze nurzał się w emocjonalnej sadzawce. Ramirez zyskuje powściągliwością i smutnym spojrzeniem przegranego człowieka. Między nim a De Niro pojawia się ekranowa chemia, która jest w stanie unieść wątek ojciec – syn bez patetycznego zadęcia.

U Jakubowicza wiele dzieje się mimochodem, przez co uciekają wątki, które mogłyby stanowić ciekawą przestrzeń do zgłębienia (rodzicielstwo, relacja z żoną). Stają się tylko powielanymi kliszami prowadzącymi do zbudowania charakteru fightera. Nawet relacja z trenerem, choć niezwykle wiarygodna i elektryzująca (dobry De Niro), zostaje przykryta charyzmatycznymi wybuchami Durana.

Kamienne pięści to dobrze skrojone kino, gdzie sekwencje walki na ringu wzbudzają niesamowite emocje a konflikt polityczny zyskuje łopatologiczną metaforę. Reżyser Porwania dla okupu chciał powiedzieć zbyt wiele, przez co momentami tracił z oczu swojego bohatera. Duran był swego czasu wielkim zaskoczeniem. Wymknął się schematom i przewidywaniom, czego nie można powiedzieć o filmowej opowieści o nim.

Moja ocena: 6/10