RECENZJA: Mechanik: Konfrontacja

Twórcy Mechanika: Konfrontacja nie wykorzystują potencjału, jaki daje im postać i profesja Arthura Bishopa. Efekt końcowy trafia gdzieś pośród mierne produkcje spod znaku spluwy i testosteronu, a widzom pozostaje nacieszyć się jedynie rewelacyjną kreacją Tommy Lee Jonesa.

Mechanik: Konfrontacja ulega banalnym wyznacznikom kina akcji, a motywacja głównego bohatera oraz relacje, jakie buduje z napotkanymi osobami oparte są na standardowych kliszach, funkcjonujących w filmowym świecie już od lat ’80. O ile Prawo zemsty bazowało na ciekawej intrydze i dobrze zrealizowanym stosunku między Bishopem (Jason Statham) a jego uczniem (Ben Foster), o tyle tegoroczna kontynuacja skupia się na motywie zabraliśmy ci dziewczynę, teraz musisz dla nas pracować. Cóż, gdy uprowadzoną ukochaną okazuje się Jessica Alba, niejeden mężczyzna rozprawiłby się nawet z najniebezpieczniejszym kartelem narkotykowym.

Fabuła filmu zbudowana zostaje wokół trzech zadań, które Bishop musi wykonać w charakterystyczny dla siebie sposób – mają to być morderstwa upozorowane na nieszczęśliwy wypadek. Jednak i tu twórcom Konfrontacji zabrakło pomysłów na wyrafinowane sceny zbrodni. Zabójstwa Bishopa są równie prostolinijne i nieangażujące, jak relacja, którą zawiera z Jessicą Albą, a scenarzyści widowiska nie próbują nawet tłumaczyć wielu nielogicznych zwrotów akcji, tworząc kolejne dziury w fabule. Trudno też uwierzyć w powagę sytuacji Mechanika, tym bardziej, że reżyser, Dennis Gansel ani na moment nie buduje minimalnego poczucia zagrożenia – przeciwnie, pocztówkowe kadry ciepłych portów, w których rozgrywa się akcja filmu, niosą za sobą relaksacyjną nudę.

Dla twórców Konfrontacji ważne jest jedynie wizualne piękno ukazanych postaci – Jessica Alba przedstawiona jest sposób przedmiotowy poprzez nadmierne eksponowanie jej erotyzmu, a swoją kreacją idealnie wpisuje się w schemat damulki w opałach. Nie inaczej jest z Jasonem Stathamem, dla którego słoneczne wybrzeża stają się jedynie pretekstem do paradowania bez koszulki. Męskość zaprezentowana w Prawie zemsty opierała się na przyjemnym kiczu, opisanym na bazie kreacji Brada Pitta we Fight Clubie – w Konfrontacji to pusta wydmuszka oparta na mało wyrafinowanej fascynacji perfekcyjnym ciałem.

Na tle nieangażującej pulpy, jaką stał się Mechanik: Konfrontacja, ciekawie kreuje się zabawnie przerysowana postać Tommy Lee Jonesa. Aktor zdaje sobie sprawę z egzaltowanych schematów, dzięki czemu zdolnie ogrywa swoją postać – jego rockowy handlarz bronią jest inteligentnie przejaskrawiony, a co za tym idzie, idealnie komponuje się do świata przedstawionego w filmie.

Seria Mechanik w ciekawy sposób ukazuje podejście hollywoodzkich twórców do męskiego kina. Pierwowzór cyklu ze Stathamem powstał w 1972 roku i jest klasycznym kinem sensacyjnym, w którym klimat bazuje nie na samej akcji, lecz świetnych relacjach interpersonalnych. Mężczyźni w Mechaniku kierują się swoimi zasadami i intelektem, a nie wielkością mięśni i odrealnionymi pokazami walecznych umiejętności. Tegoroczna Konfrontacja stoi w skrajnej opozycji do produkcji z lat ’70, ukazując wyraźny kompleks męskości współczesnego społeczeństwa.

W Mechanik: Konfrontacja nie współgra ze sobą w zasadzie nic – mało dopracowane zadania Bishopa, płaskie postacie, dziury fabularne, brak klimatu i konwencji, kiepskie CGI, uprzedmiotowienie aktorów i marny dialog z pierwszą częścią serii. To siedem śmiertelnych grzechów filmowca, a twórcy najnowszej produkcji ze Stathamem popełnili każdy z nich.

Moja ocena: 3/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.