RECENZJA: Serce Psa

Kino, którego powodem powstania jest potrzeba stworzenia osobistego utworu, by wspomnieć lub uhonorować czyjeś istnienie, jest w podwyższonej grupie ryzyka. Prywatny filtr zagaduje samokrytykę i grozi, że treść będzie ze środka i tam też pozostanie niezrozumiała, dla kogoś kto nie tęskni tak jak autor. Serce psa uniknęło tych wszystkich pułapek, za to zastawia skutecznie sidła na serce widza.

Laurie Anderson głosem z offu zabiera nas w metafizyczną podróż, której punktem wyjścia jest śmierć jej czworonogiego przyjaciela. To było coś więcej, niż zwierzątko domowe, o czym może świadczyć osobista machina filozoficzna jaką uruchamia w bohaterce śmierć jej psa. To droga trudna, wyboista, wieloetapowa, gdzie dostaniemy nieperswazyjną publikację prywatnej potyczki ze stratą i próbę terapii sztuką. To nie jest krajobraz po bitwie, tylko w trakcie jej trwania – batalistyczne sceny z wnętrza człowieka.

Reżyserka to nasza bohaterka. Myśli dużo, główną rolę odgrywa jej trafione-zatopione serce, które zmieniło swój rytm, kiedy jej psu przestało bić. Myśli na głos, a jednak cały czas przyłapuje się na zbędności słów. Laurie nie jest zakamuflowaną filozofką z perswazyjnymi poglądami i natrętną potrzebą zahipnotyzowania nas konkretnymi paradygmatami. W skromnym i nieprzebodźcowanym filmie nie powstaje instrukcja obsługi człowieka, a relacja z centrum żałoby. Cytując w jednej chwili fragmenty Tybetańskiej Księgi Umarłych (ona też próbuje stworzyć jakiś poradnik przejścia), a potem patrząc w niebo i zastanawiając się dlaczego nie kochała własnej matki, nie ubiega się o spójną narrację. Stosuje zamiennie zdjęcia ze swojego życia, rozcieńczając ciepłymi wspomnienia jej przyjaciela i różnymi zbiorami obrazów. Ten kolaż wizualny kumpluje się bez zgrzytów z nastawieniem naszej bohaterki do doświadczenia. Niedoskonale z wiedzy charakterystycznej dla człowieka ze świata kultury wysokiej, podejmuje ona próbę zlutowania swojego życie po stracie. Uwzniośla istnienie zwierzęcia w życiu człowieka, ale też filozofii i kultury jako środka uśmierzającego, a często skuteczniejszego od jakiejkolwiek pigułki. Nasza bohaterka nigdzie się nie spieszy, wyznając buddyjskie zasady i parafrazując zdanie Michaiła Bułhakowa z utworu o pokrewnej nazwie co tytuł filmu Psie serce: Zdążyć wszędzie może ten, kto nigdzie się nie spieszy. Dlatego właśnie z seansu powstaje trans-seans.

Kończąc życie swojego psa, poważnie przewertuje swoje w celach najprostszych – przejścia przez to. Dlatego ten traktat o cierpieniu jest tak silnie sensoryczny, bo pokazuje słabość i brak kondycji u osoby, która nie lubi sobie na to pozwalać. Mimo że niesprawność zostaje tutaj najróżniej nazywana, rozkręcona na najmniejsze części i ratowana słowami najpiękniejszymi, z inteligencją która nie odpoczywa, nie zyskuje ona na sile… ale na szczerości.

Serce psa wygrywa swoją niepewnością. O paradoksie kinowy, ileż cię trzeba cenić! Laurie Anderson pozwala nam podejść do siebie bardzo blisko, ale nie w najlepszym dniu swojego życia, a w tych najgorszych. To nie zbiór aforyzmów, złotych myśli, a liryka najbardziej bezpośrednia.

Ocena: 8/10