RECENZJA: Smoleńsk

Smoleńsk to współczesne kino propagandowe, nastawione na łopatologiczną i subiektywną prezentację faktów. Twórcy nie silą się nawet na krztę obiektywizmu, a mentalny wydźwięk filmu spowity jest w płonącą flagę Polski, skropioną krwią i splamioną łzami. Romantyzm wiecznie żywy, choć od strony warsztatu Antoniemu Krauze brakuje bardzo wiele, by stać się kolejnym pamiętnym wieszczem narodowym.

Ramy dziennikarskiego thrillera, w jakich osadzona jest historia prawdy o Smoleńsku stają się jedynie pretekstem ukazania szeregu sekwencji wyrwanych z ogólnej linearności fabuły. Każda scena dobitnie podkreśla, że były Prezydent RP zginął w zamachu, a winę za to ponoszą Rosjanie w kooperacji z opozycją rządzącej wtedy partii Jarosława Kaczyńskiego. Zbyt wiele nierozwiniętych wątków zaburza oś fabularną filmu, wtrącając ją w potok proPiSowskiej indoktrynacji, a dwugodzinna propaganda szybko nuży swoją sztywnością i brakiem jakiegokolwiek kompromisu z obiektywną rzeczywistością.

Krauze nie uznaje neutralności – dla niego bohaterowie filmu są albo biali, albo czarni, a każda teoria spiskowa związana z jedną z największych tragedii w historii Polski sprowadza się do klarownego obarczenia winą Rosjan. Nieudolne powiązanie śmierci ks. Jerzego Popiełuszki i tragedii katyńskiej budzi niesmak widza. Reżyser śmiało wprowadza Prezydenta Lecha Kaczyńskiego (Lech Łotocki) wraz z małżonką (Ewa Dałkowska) i resztą załogi Tupolewa w poczet ofiar zgładzonych ręką Rosjan, zachłystując się tym samym motywem zamordowanych w Katyniu oficerów. U Krauzego, jak na prawdziwego romantyka przystało, rany zadane ćwierć wieku temu nadal krwawią. Niestety, swoje ksenofobiczne poglądy przekłada na cały polski naród.

Infantylna pretensjonalność popada w napuszoną krytykę każdego aspektu życia i działalności potencjalny wrogów Polski i PiS-u. Wytknięty zostaje nawet służący w Wermachcie dziadek Donalda Tuska, a przytyk pada z ust samej Marii Kaczyńskiej. Natomiast finalna scena to czysta kwintesencja artystycznego i propagandowego kiczu.

Smoleńsk cierpi na najgorszy warsztat wśród tegorocznych produkcji spod flagi biało-czerwonej. Jałowe dialogi, zakorzenione w patetycznych postawach oraz nadętych stereotypach dopełniają płaskie postacie, których jedynymi epitetami mogą być słowa proPiSowski i prorosyjski. Infantylna pretensjonalność uwypuklona zostaje poprzez marne kreacje większości obsady filmu. Nadmiernie ekspresyjna Beata Fido tworzy swoją grą najbardziej antypatyczną protagonistkę polskiego kina, a jej szef (Redbad Klynstra) to iście kreskówkowy czarny charakter.

Technicznie film przypomina produkcje trafiające bezpośrednio na mały ekran. Fatalna animacja CGI odtwarzająca wybuch Tupolewa czy tworzenie własnych marek produktów spożywczych i nowych stacji telewizyjnych to zabieg czysto serialowy. Brak logiki między poszczególnymi sekwencjami i kiepskie przejścia degraduje poziom montażu na etap wczesnoszkolny. Wydaje się, jakoby nie obraz i aktorstwo było dla Antoniego Krauze szczególnie ważnym aspektem filmu – jego fundamentalnym priorytetem staje się ideologia.

Polscy twórcy jak nikt inny potrafią wystawić największe tragedie swojej ojczyzny na pośmiewisko mas i mediów. Karkołomna Historia Roja była, o dziwo, przedsmakiem prawdziwej wojny polsko-ruskiej, jaka wybrzmiewa w każdym jadowitym kontekście filmu Smoleńsk.

Moja ocena: 1/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.