RECENZJA: Viva

Kino traktuje tożsamość jako temat nadrzędny, a jej odnalezienie to meta filmowa. Jednak czasami jest to bieg przełajowy, a przeszkodą staje się coś, co w definicji ma służyć w konstruowaniu siebie – rodzina. Viva na żywo zastanawia się nad odpowiedzialnością za siebie nawzajem i szantażem więzami krwi. Za chwilę jednak skromnie kłania się do pasa sile poświęcenia i zadaje pytanie, czy jest jeszcze miejsce we współczesnym świecie na czucie bez asekuracji i jak to jest nosić serca bez futerału.

Viva to pseudonim artystyczny Jesusa – młodego chłopaka, który musiał dorosnąć na skróty. Matka zmarła, on pozostał sam w jednej z najbiedniejszym dzielnic na Hawanie. Jednak zamiast waluty ma w sobie szczerą dobroć i lojalność – co pozwala mu wielokrotnie przetrwać w sytuacjach kryzysowych. Pseudonim artystyczny pojawia się przypadkowo, ale pojawienie się naszego bohatera na scenie jako draq quuen już nie jest epizodem. Niby pod pseudonimem, schowany za strojem i makijażem, udaje śpiew, jednak tak naprawdę to jedyny moment kiedy może być równocześnie szczery ze wszystkim i samym sobą. Coś, co dla kogoś jest przebieranką, kupą cekinów i sztucznych rzęs, tutaj jest walką o tożsamość – nie agresją, a twórczą ekspresją.

Niewinnie zapowiadający się film o wykluczeniu społecznym, batalii o siebie i marszu LGBT, jednak aspiruje do czegoś więcej i nie pozwala nam na grę w proste skojarzenia. Pojawia się punkt zwrotny, albo „wywrotny” w życiu Jesusa – jego ojciec wraca po wielu latach nieobecności. Paddy Breatnach nie robi z tego spotkania po latach fety, scen z oglądaniem wspólnego albumu rodzinnego, czy kolejnego odcinka „zerwanych więzi” – to walka bokserska na dwa serca. Oba są zdezorientowane, niepewne, zupełnie inne, na początku się biją ze sobą, ale mimo wszystko cały czas w tym samym rytmie i w ostateczności dla siebie.

Nie ma człowieka który nie miałby koszmarnego dzieciństwa mówił Hłasko i wydaje się na początku, że narracja reżysera właśnie o tym chce z nami pogadać. Jednak dynamika wydobywana w filmie wyłącznie z ich relacji chce opowiedzieć coś więcej, niż: nie ma nikogo kto wyszedł z rodziny bez powikłań i czasami najlepszy kontakt to żaden kontakt. Jesus jest odwrotnością swojego ojca i jedynym powodem, dlaczego nie wyrzuca go z mieszkania, a później opiekuje się nim i czuwa nad jego schorowanym ciałem, to myśl – on jest moim ojcem. Innych powodów nie ma – jest za to wiele by go zostawić. Jednak doskonale rozegrane tempo i brak konsekwencji psychologicznej, sprawia że nasza początkowa i naturalna złość na ojca i niepokój o Jesusa, zamienia się we współczucie, a innych powodów być już nie musi. Paddy Breathnach wygrywa, bo nie chce być prawdziwszy od rzeczywistości i wie, że jej głównym składnikiem jest niekonsekwencja. Dlatego blokowanie Jesusa w byciu sobą 1:1 początkowo przez ojca, tak naprawdę okazuje się niezbędnym do osiągnięcia pełnej świadomości przez chłopaka. Ojciec intruz jest finalnie tym, którego błogosławieństwa potrzebuje nasz bohater. Ta historia się porusza i zgrabnie ewoluuje, nie zawiesza się ani na chwilę zbudowana wyłącznie z naturalnych surowców.

Viva to mądre kino, które ma podzielność uwagi, cierpliwość, a za najciekawsze na świecie uważa kontakt człowieka z człowiekiem. Ta ciekawość się udziela.

Ocena: 7/10