TIFF 2016: La La Land

Niepoprawni marzyciele królują w opowieści Damiena Chazelle. Los Angeles od lat jest ziemią obiecaną dla artystów, aktorów i muzyków. Kariera i oczekiwanie sławy napędza setki ludzi, aby osiedlić się w krainie przyszłości. Jednak okazuje się ona miejscem smutnych i oderwanych od rzeczywistości niespełnionych oczekiwań.

Mia (Emma Stone) biega od castingu na casting, szukając wymarzonej roli, która wyciągnie ją z małej kawiarenki, gdzie na kawę przychodzą gwiazdy. Sebastian (Ryan Gosling) grywa do kotleta, zatopiony w pragnieniu występowania z jazzowymi kompozycjami. Oboje żyją w rzeczywistości, która napawa ich smutkiem, a kolejne porażki podcinają skrzydła. Wydają się stworzeni dla siebie, choć, niczym w komedii romantycznej, ich pierwsze spotkanie nie gwarantuje miłości aż po grób.

Kameralna historia uczucia zyskuje niesamowitą oprawę i ironiczny sznyt. Wielkie musicalowe otwarcie przedstawiajace zatłoczoną i zakorkowaną autostradę w zimowy poranek zachwyca energią i tanecznym wybuchem wsród palm. Reżyser wie, jak zachwycać. Dynamicznie obserwuje mini teatr rozgrywajacy się na ulicy i pokazuje zbiorową scenę zanurzoną w musicalowych inspiracjach. La la Land ocieka w nostalgiczne spojrzenia w przeszłość. Tęsknotę za starym Hollowood pełnym gwiazd i klasycznego, stonowanego spojrzenia na rzeczywistość.

Chazelle rozrzuca tropy, powoli portretuje swoich bohaterów, pokazując ich z dużą dozą empatii. A przy tym dopieszcza zmysły. La La Land zachwyca wizualnym dopracowaniem i muzyczną oprawą. Stworzenie fortepianowego motywu głównego było strzałem w dziesiątke, szczególnie że te kilka nut zyskują odrębne znaczenie zależnie od sytuacji. Piosenki współgrają z przedstawianym światem, są częścią opowieści, a nie pustym pokazem wokalnych zdolności aktorów. A tych nie można odebrać Emmie Stone i Ryanowi Goslingowi.

Stone zachwyca emocjonalnym rozgimnastykowaniem. Z romantyczki przeobraża się w castingowego zwierza, gotowa zagrać każdą sytuację, nawet tę najbardziej absurdalną. Spełnia się jako wokalistka, tancerka i delikatna marzycielka, tworząc niezwykłą ekranową chemię z Ryanem Goslingiem. Nawet J. K. Simmons zyskuje pięć minut, ogrywając swoją postać z Whiplash. Jako właściciel wystawnej restauracji pochlebia niewytrawnemu gustowi muzycznemu, preferując „Jingle Bells” od jazzowej wariacji.

La la Land to urocza kraina marzeń okraszona nutą żalu i rozczarowania. Osiąganie celu nierozerwalnie jest związane z wyrzeczeniami. Chazelle doskonale równoważy radość ze smutkiem. Bawi się muzycznymi rozwiązaniami i popkulturowymi tropami – dużo radości daje pojawienie się Johna Legenda, który wyrusza w trasę z mocno zmodernizowanym podejściem do jazzu.

Film reżysera Whiplasha jest jak powiew nadmorskiej bryzy. Orzeźwiający i zaskakująco przyjemny. Daje estetyczną radość, ale nie zapomnia o duchowej strawie. Łączy lekką miłosną opowieść z rozważaniem na temat ego, twórczości i podążaniu za marzeniami. La La Land ociera się o artystyczny perfekcjonizm. Świetny trzeci film. Ciekawe, gdzie Chazelle powędruje dalej.

Ocena: 9/10