Splat!FilmFest: The Evil that Men Do

Bezwzględni sicario i niewinna dziesięciolatka – wbrew pozorom tak mało wystarczy, by postawić groźnych bohaterów w ekstremalnej sytuacji bez wyjścia. Mroczny, ciężki klimat przenika się z brutalnym thrillerem i najczarniejszą odmianą humoru, szkicując moralną prawdę psychologiczną o zabójcach z Meksyku.

Choć The Evil that Men Do ukazuje problem meksykańskich karteli narkotykowych, przenikając tym samym w problematykę fatalnej sytuacji osób uwikłanych w krwawe porachunki gangów, to daleko mu do estetyki nowej fali kina meksykańskiego. Reżyser, Ramon Térmens, pomija polityczny wymiar całego zagadnienia, skupiając się na ciekawym studium psychiki przestępców postawionych w obliczu najpoważniejszego zlecenia w ich życiu. Całość, podpięta pod psychologiczny motyw przekraczania granic moralności, trzyma w intrygującym napięciu od pierwszych scen do ostatniego strzału.

Mimo wyraźnego romansu z kinem exploitation, The Evil that Men Do nie popada w manierę nurtu torture porn. Przemoc ukazana na ekranie służy podkreśleniu ogromu problemu narkotykowych gangów, a nie taniej propagandzie wyrafinowanych sposobów okaleczania ludzkiego ciała. Ponadto film epatuje nieprzyjazną atmosferą, zdolnie podtrzymaną poprzez osadzenie akcji w hali opuszczonego magazynu oraz elektryzującym napięciem wynikającym z nieprzewidywalnej fabuły. Nagłe zwroty akcji dają nie tylko nowe spojrzenie na dramat ukazanej sytuacji i położenie bohaterów uwikłanych w mroczne zlecenie – ich przewrotność odcina się od typowych schematów kina hollywoodzkiego, angażując odbiorcę w uważne śledzenie losów trójki sicario: Santiago (Daniel Faraldo), Benny’ego (Andrew Tarbet) i Martina (Sergio Peris-Mencheta) oraz dziewczynki, Mariny (Priscilla Delgado), którą prawdopodobnie przyjdzie im zabić, a wcześniej brutalnie okaleczyć.

The Evil that Men Do przesiąknięte jest cierpkim, czarnym humorem, przeznaczonym dla smakoszy kina Quentina Tarantino. Również w warsztacie twórczym Ramona Térmensa wyraźnie dostrzega się wpływy wspomnianego reżysera – dialogi oparte są na ciętych ripostach i przesadnie jaskrawych postawach oraz na zgrabnym epatowaniu przemocą. Z drugiej strony w hiszpańskiej produkcji wyraźnie widoczna jest dbałość o każdy detal obrazu i scenografii. Zgrabna kompozycja każdego kadru oraz skupienie się na szczegółach całej problematyki, jak np. narco-religia, będąca nieodstępnym elementem całej narco-kultury – wszystkie te elementy składają się na naprawdę wartościową produkcję kina klasy B.

Relacja między Santiago i jego partnerem Bennym, zbudowana jest na ciekawej zależności nawiązującej do stosunku między Walterem Whitem (Bryan Cranston) a Jessim Pinkmanem (Aaron Paul) w kultowym serialu Breaking Bad – mentor staje się swoistym opiekunem, ojcem swojego ucznia. Sam proces ewolucji bohaterów, ich cynizm oraz wewnętrzna walka między moralnością a obowiązkiem sprawiają, że z miejsca stają się antybohaterami, którym nie sposób złorzeczyć.

O ile sam film nie wnosi wiele do krytycznego spojrzenia na sytuację przestępczą w Meksyku, to ciekawa intryga spowita w konwencję sytuacji bez wyjścia, wciąga swoim klimatem i sympatycznymi antybohaterami. W dobrym odbiorze The Evil that Men Do nie przeszkadzają nawet zbyt ciemne kadry fabrycznego mroku.

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.